Daleko na zachodzie widać było jeszcze jasny pas nieba, z pewnością zmierzchało, ale nie miałam zielonego pojęcia, która może być godzina. Tutaj rytm mojego życia wyznaczały zupełnie inne rzeczy niż w Terze. Jadłam, kiedy akurat mogłam, a o piciu wody nie musiał mi przypominać alarm w zegarku. Spałam, gdy czułam zmęczenie i wstawałam bladym świtem, a nie wtedy, gdy zadzwonił budzik, najpierw pierwszy, później kilka kolejnych. Tutaj wszystko, absolutnie wszystko było inne. Szczególnie pejzaże.
Monotonny pustynny krajobraz od kiedy wyruszyliśmy nie zmienił się ani o jotę, sprawiając złudne wrażenie stania w miejscu. Tymczasem byliśmy już cały dzień w drodze. Na samym początku naszej podróży Hardy wyciągnął z plecaka jakąś papierową książkę - dla mnie relikt - i w zasadzie cały dzień się do mnie nie odzywał. Chwała mu za to, bo z zamkniętą buzią był dużo łatwiejszy do strawienia. Wróć, nikt nikogo nie zamierzał trawić. Był po prostu łatwiejszy do zniesienia. Skłamałabym gdybym powiedziała, że większą część czasu poświęciłam rozmyśleniom nad rozwiązaniem sprawy Amy Fitzgerard. Po prostu ukradkiem wgapiałam się w Hardego i tylko tknięta resztką zdrowego rozsądku robiłam sobie kilkusekundowe przerwy. Kiedy zrobiło się już ciemno, Niebieskooki zrezygnował z czytania i schował książkę do plecaka. No i pipa, lampa, lemoniada. Wypadało znaleźć sobie inne zajęcie niż gapienie się na niego.
- Luke! - zawołałam. - Słuchaj, może dajmy spokój tym biednym koniom. Zresztą szybciej będzie, jeśli pójdziemy pieszo. - I wygodniej, dodałam już w myślach.
- Ależ pani, twoich świętych stóp nie mogą kalać skały pustyni. Jesteś zbyt cenna.
- A moje pośladki nie są? - zapytałam. - Bolą mnie już od siedzenia.
- To się pani połóż - odparł.
Wrr... Miałam gościa po dziurki w nosie.
- Co? - warknęłam spoglądając na Hardego, gdyż wpatrywał się we mnie z dziwnym wyrazem twarzy.
- Według mnie twoje pośladki osiągnęły większy sukces niż stopy, waćpanno. Na twoim miejscu bym się jednak położył. Szkoda, żebyś sobie obiła coś tak... - Jego spojrzenie z neutralnego zmieniło się na bardziej mroczne - cennego - dokończył.
- Twoja troska o mój tyłeczek jest doprawdy wzruszająca - zripostowałam, ale postanowiłam zmienić nieco pozycję.
Położyłam się na wznak na twardych deskach furmanki i spojrzałam w niebo. Nad nami, dopełniając obrazu, wisiały ciężkie stalowe chmury nadając i tak już ponurej skalistej scenerii upiorny, niemal nierealny wygląd.
- Jesteś pewien, że nie będzie padać? - zapytałam z obawą, bo niebo wydało mi się dziwnie złowrogie.
Hardy podniósł głowę i zapatrzył się na sklepienie, następnie zmarszczył czoło i spojrzał gdzieś przed siebie na horyzont.
- Padać nie będzie, ale mamy większy problem - odparł tajemniczo.
Usiadłam z powrotem i rozejrzałam się dookoła.
- Większy niż moje poparzenia? - Niebieskooki nie odpowiedział, tylko sięgnął do swojego plecaka i wyciągnął z niego kilka przedmiotów, w tym jeden przypominający latarkę. - Co zamierzasz zrobić? - indagowałam.
- Chronić twoją królewską dupcię - odparł dość lakonicznie i zapatrzył się na wskaźnik zegara urządzenia. Następnie zanurkował ręką do plecaka, trochę się siłował, nim wydobył z niego kolejny dziwny przedmiot. Po chwili na deskach furmanki, między nami wylądował kawał materiału zwinięty w równą kostkę. - Załóż to. Podał mi ciemną, gumową maskę. Sam chwycił drugą i założył sobie na twarz. Poszłam za jego przykładem. Była to maska podobna do tej, którą widziałam kiedyś u Gotfryda. Dodałam dwa do dwóch i zapytałam.
CZYTASZ
DYSHARMONIA
FantasiaNiedoszła policjantka, seksowny lump, melodramatyczny wróżbita, stary psychiatryk, martwa pacjentka, zapomniana przez wszystkich, skrywająca tajemnicę fabryka, wyznawcy Różowego Penisa i miejsce, które rzekomo nie istnieje. Jedna noc, jedna z poz...
