14. Plan Ostateczny

155 24 8
                                        

Wszystko wskazywało na to, że moi towarzysze poszli po niejakiego Zębatego, faceta, który mógł mnie pogrążyć, albowiem tylko on był w stanie potwierdzić, że nie jestem Cesią Cyborg. Miałam jednak nadzieję, że gość należał do tego beznadziejnego typu męskich neandertalczyków, którzy traktują seks jak sport, a panny jak kolejne trofea, i którzy, co ważniejsze, nie są w stanie przypomnieć sobie z kim spędzili ostatnią noc. Chociaż w miastach na górze, skafandrów sensorycznych używało dziewięćdziesiąt dziewięć procent społeczeństwa, seks fizyczny nadal uprawiali prawdziwi odchyleńcy. Zakładałam, że tutaj tacy występowali w ilościach raczej hurtowych. Mogłam zatem albo liczyć na łut szczęścia, albo zwiać z pędzącego pociągu. Obie opcje były, co tu dużo mówić - słabe, ale mimo wszystko ucieczka z pociągu wydała mi się lepszym wyjściem.

Podeszłam do okna i wytężyłam wzrok, lecz wpatrywałam się w totalną ciemność. Jakby czarna dziura pochłonęła wszystko dookoła. Nie byłam w stanie stwierdzić czy już wyjechaliśmy na powierzchnię, a jeśli nie, to w jakiej odległości od okna znajdują się ściany tunelu. Rozejrzałam się po wagonie. Zniszczone meble, podarte pokrycie sofy, miarowy stukot kół pociągu, który tylko podkreślał surowe zimne wnętrze, sprawiły, że jeszcze bardziej poddałam się beznadziejnemu nastrojowi, lub jakby to ujął Stanley - grobowej chandrze. Spojrzałam na własne odbicie w szybie. Na twarzy pozbawionej już opuchlizny i fioletowych dorodnych sińców rysował się wyraz tępego smutku podszytego czarną melancholią. Miałam wrażenie, że gdy tylko robię krok do przodu, natychmiast wykonuję dwa kroki w tył. Czy naprawdę nikt mnie nie szukał? Dlaczego powrót na powierzchnię wydawał się tak trudny? Ech... Weź się w garść, Sky - nakazałam sobie.

Podejrzewałam, że fani Cesi Cyborg nie będą bez końca szukali nagiej kobiety, a więc czasu pozostało mi niewiele. Opuściłam szybę i poczułam na twarzy chłodny podmuch powietrza. Wystawiłam ostrożnie rękę na zewnątrz, łagodny powiew delikatnie szarpnął rękawem mojej koszuli. Konkludowałam więc, że pociąg poruszał się dość wolno. Ściany tunelu jeśli tu były, musiały być oddalone o więcej niż metr. Mogłam zatem bezpiecznie wydostać się na zewnątrz i próbować wspiąć się na dach pociągu. To już było coś. I co dalej? Spróbowałabym dotrzeć na koniec pociągu, jakoś zeskoczyć, a później podążać po torach na powierzchnię.

Ostrożnie przełożyłam nogę na zewnątrz, następnie drugą, chwyciłam się górnej ramy okna i podciągnęłam się do góry opierając nogi o dolną. Następnie ostrożnie się odwróciłam i zaczęłam wdrapywać się na górę. Dwukrotnie omal nie spadłam, a kiedy wreszcie szczęśliwie dotarłam na dach wagonu, położyłam się płasko na brzuchu i przez chwilę leżałam łapiąc oddech. Dopiero teraz poczułam jak bardzo jestem zmęczona i senna, co pewnie było skutkiem zażytego regenerującego leku. Jednak, jeśli chciałam przeżyć, absolutnie nie mogłam sobie pozwolić na odpoczynek i sen.

Zaczęłam się przemieszczać w kierunku końca wagonu. Dopełzłam do jego krawędzi, wysunęłam się jak najdalej poza nią, żeby ręką wymacać jakiś uchwyt, którego mogłabym się złapać, by zejść na pomost łączący wagony. Ku mojej radości natrafiłam na poprzeczne pręty drabinki. Trzymając się krawędzi dachu powoli opuściłam nogi na szczeble i zeszłam na sprzęg, po którym przedostałam się do kolejnego wagonu. Łuna wydostająca się z malutkich bocznych okien dawała niewiele światła, wystarczająco jednak bym dojrzała, iż tym razem nie pójdzie mi tak łatwo. Na dach dostałam się łapiąc za pionową poręcz i opierając nogi na wystających elementach wagonu. Mozolnie, ale konsekwentnie przemieszczałam się w kierunku ostatniego wagonu. I pewnie bym tam dotarłam gdyby nie pewien tyci szczególik w postaci, nazwałabym go, szyber dachu. Ów przeszklony otwór w dachu jednego z wagonów ujawnił bowiem obraz, wobec którego nie mogłam pozostać obojętna. Otóż zajrzawszy przez świetlik do wnętrza wagonu ujrzałam solidne biurko, przy którym siedział mężczyzna w kapeluszu, jak mniemam burmistrz. Chwilowo nie chciałam mieć z tym człowiekiem do czynienia, ale coś przykuło moją uwagę. Na biurku leżała fotografia przedstawiająca świętej pamięci Amy Fitzgerard. Facet skrobał coś zawzięcie w notesie i miałam nieodparte wrażenie, że powinnam zdobyć ten zeszyt. Pomysł jak tego dokonać jeszcze nie zdążył się skrystalizować w mojej głowie, ale wszystko mi mówiło, że w kajecie znajdę odpowiedzi na wiele nurtujących mnie pytań.

DYSHARMONIAOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz