Brzydko mówiąc, spuściłam Mela na drzewo. Zignorowałam jego polecenia i kazałam wracać razem z Westem do chaty Gota. Tam mieli skłamać, że przepadł nie tylko Hardy, ale wraz z nim także dokumenty, które mieliśmy zwędzić z psychiatryka. Mel oponował i to dość gorliwie, niestety nie istniała taka siła, która by mnie teraz skłoniła do powrotu bez Hardego.
- Ale co z tobą waćpanno? Nie możesz zostać sama - nalegał. - To się nie skończy dobrze.
- O mnie się nie martw - odparłam, czując, że powoli go przekonuję. Ani razu nie wspomniał o apokalipsie.- Sprowadzę Hardego z powrotem. - Rozłączyłam się na dobre, ucinając wszelkie złowróżbne proroctwa.
Przemykając ciemnymi ulicami miasta dotarłam wreszcie pod apartamentowiec, w którym mieszkałam. Mój dom i miejsce wylotu kanału, którym wydostałam się na powierzchnię dzielił dystans kilku kilometrów, miałam zatem sporo czasu aby podczas spaceru przemyśleć pewne kwestie. Kiedy zmarznięta i przemoknięta do suchej nitki stanęłam po drugiej stronie ulicy, uważnie obserwując szklane wejście do budynku, byłam już niemal pewna, że postępuję słusznie. Kapelusznik, Tom i cała banda tych socjopatów z postapokaliptycznego świata mogła mnie dorwać w każdej chwili. Konkludowałam, że ktoś i tak nas zdradził, w innym razie nie złapano by Hardego. Czy był to Got, Ewa a może Tom? Pojęcia nie miałam, ale uznałam, że nie ma najmniejszego sensu się ukrywać, a przynajmniej nie przed moim ex przyjacielem. Zresztą życie Hardego było dla mnie więcej warte niż byłam w stanie to przyznać i jeśli miałam kogoś błagać o uratowanie życia Niebieskookiego, to tym kimś mógł być i Tom. Desperacja wylewała się każdym porem mojej skóry, byłam gotowa uchwycić się każdej deski ratunku, a jej właśnie upatrywałam w telefonie do niedawnego przyjaciela.
Zadrżałam, gdy zimny wiatr przetoczył się po ulicy i uderzył we mnie, przeszywając na wskroś. Być może moje mieszkanie znajdowało się pod stałą obserwacją i tylko czekano aż się w nim pojawię. A może, w myśl powiedzenia: pod latarnią najciemniej, wcale się mnie tutaj nie spodziewano. Tak czy siak rozejrzałam się w prawo później w lewo i przecięłam pustą ulicę. Kanały nie nadążały zbierać wody. Zawartość rynien wylewała się wprost pod moje nogi. Szum deszczu zagłuszał moje dziko bijące serce, zimne krople opadały na ziemię z siłą wystrzelonych pocisków i odbijały się od niej na wysokość kilkudziesięciu centymetrów. Zagrzmiało potężnie, dokładnie w momencie, gdy dotarłam pod drzwi. Przez szybę dostrzegłam siedzącego za kontuarem recepcyjnym nocnego stróża. Zajęty umilaniem lub raczej zabijaniem czasu, skupiał uwagę na serfowaniu w sieci. Zdradzały go ciemne okulary, które miały kamuflować soczewki internetowe w jego oczach. Już nie raz przyłapałam go na tym, że przepada gdzieś w wirtualnym świecie ze znajomymi, zamiast pilnować budynku. Całe szczęście nigdy nie miał na sobie kombinezonu sensorycznego, bo to by było już przegięcie.
Postąpiłam jeszcze krok do przodu i wychwycił mnie czujnik, natychmiast otwierając przed mną drzwi. Weszłam do środka zostawiając na posadzce mokre ślady. Minęłam bezgłośnie stróża kierując się do wind. O tej porze nie było problemu z ich przywołaniem. Dźwig już czekał na dole, a gdy weszłam automatyczny głos zapytał, na które piętro mnie zawieźć. Nie padło zwyczajowe "Witam Pani Fules", a zatem system nie rozpoznał mnie w moim nakryciu głowy. Może to i lepiej.
Na dwudzieste pierwsze piętro dotarłam błyskawicznie. Drzwi mojego niewielkiego mieszkania znajdowały się na końcu korytarza i otwierał je inteligentny mechanizm sterowany elektronicznie. Wystarczyło abym przyłożyła swój palec lub użyła komunikatora, którego niestety nie posiadałam na podorędziu. Gdy weszłam do mieszkania na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało w porządku. Nikt nie majstrował przy zamku, drzwi były zamknięte, wokół żywego ducha. Żadnych śladów włamania, więc pewnie nikt mnie tu nie szukał. Światła włączyły się od razu, jednak o tej porze dnia, a raczej nocy, aktywowały się tylko nocne lampki dające przytłumione światło. Przedpokój jak i pozostała część mieszkania pogrążyły się w przyjemnym dla oczu półmroku. Zamknęłam za sobą cicho drzwi i oparłam się o nie plecami. Cisza. Powinnam poczuć ulgę, że wreszcie jestem w domu, ale jej nie czułam. Doczłapałam do salonu i powiodłam wzrokiem po meblach, wygodnej sofie, skrzyni służącej za stolik, na której nadal leżała pusta butelka po nalewce Stanleya, dokładnie tam gdzie ją zostawiłam. Choć wszystko tu było tak swojskie i znajome, to w jakimś sensie ten pokój, miękkie poduchy, fikuśna lampa podłogowa czy wazonik w kształcie konia już do mnie nie pasowały. Te przedmioty należały do innego okresu. Wróciłam do siebie, ale nie umiałam się już tutaj odnaleźć wiedząc, że gdzieś tam ludzie żyją w skrajnych warunkach bez tych wszystkich bibelotów, które w zasadzie niczemu nie służyły poza oczywiście wyczesanym designem.
CZYTASZ
DYSHARMONIA
FantasiNiedoszła policjantka, seksowny lump, melodramatyczny wróżbita, stary psychiatryk, martwa pacjentka, zapomniana przez wszystkich, skrywająca tajemnicę fabryka, wyznawcy Różowego Penisa i miejsce, które rzekomo nie istnieje. Jedna noc, jedna z poz...
