29. Pierwszy Niepożarty

159 29 10
                                        


Chwilę stałam w tej obskurnej łazience trzęsąc się z zimna. Właśnie zamierzałam wziąć głęboki, pełen ulgi wdech, gdyż Niebieskooki wreszcie zniknął mi z oczu, kiedy ten niespodziewanie wrócił do łazienki, niosąc ze sobą wymiętoloną narzutę.

- Trzeba cię wysuszyć, waćpanno, bo znając twoje szczęście, a raczej jego brak, zaraz się pochorujesz. - To powiedziawszy rozpostarł szeroko ramiona, w których trzymał płachtę. - Zdejmij tę mokrą firanę. Nie żeby to cokolwiek zmieniło, ale odwrócę się. - Jak powiedział tak uczynił. Cóż za rycerskość.

Trochę męczyłam się z przylegającym materiałem, ale wreszcie się z niego wyswobodziłam. Podeszłam bliżej Hardego i pozwoliłam zamknąć się w jego ramionach. Hardy kilka razy owinął mnie materiałem i popchnął w kierunku drzwi. Drobiąc kroczki niczym gejsza dotarłam do łóżka. Lump tymczasem dorzucił ostatnią sztabę drewna do kominka. Ogień buchnął mocniej, ale wcale nie zrobiło się cieplej. Błękitnooki podszedł do drzwi, załomotał w nie mocno i odwrócił się do mnie z szerokim uśmiechem na twarzy. Nie wiem co planował, ale było mi już wszystko jedno. Po chwili dało się słyszeć kroki i znajomy głos Luke'a.

- Pani, wzywałaś mnie?

Nim zdążyłam odpowiedzieć Hardy otworzył drzwi i wpuścił mojego sługę uniżonego do komnaty.

- O! - wyrwało się zaskoczonemu ludojadowi. - Małżonek.

- Tak, wejdź - Hardy zaprosił go gestem, by wszedł dalej. Przemknęło mi przez myśl, że może chce ukatrupić ludojada lub wziąć na zakładnika. Wszak mój sługa uniżony był chyba kimś ważnym, jakimś kapłanem, na co wskazywały jego szaty, no i fakt, że to on odprawiał wszystkie ceremoniały.

- Pani - Luke pokłonił się nisko, na co odpowiedziałam skinieniem głowy. - Czego pragniesz?

Tym razem również wyręczył mnie Hardy.

- Twoja pani potrzebuje ciepłych normalnych ciuchów. Najlepiej, gdybyś przyniósł nam coś podobnego do ubrań, które mieliśmy wcześniej na sobie. I koniecznie oddaj nam nasze buty.

- Pani? - Ludojad spojrzał na mnie z zakłopotaniem. - Czy tego właśnie pragniesz? Spełniam tylko twoje rozkazy i prośby. Małżonek i tak zostanie przez ciebie skonsumowany.

- Jakkolwiek dwuznacznie to nie zabrzmi - zaczął Hardy. - Uwierz mi do żadnej konsumpcji nie dojdzie. Małżonko - zwrócił się do mnie - raczysz wyjaśnić swemu poddanemu dlaczego tak się nie stanie?

Zdezorientowany Luke spoglądał to na mnie, to na Hardego, a jego głowa obracała się tak szybko, że cud, iż sobie nie zwichnął karku.

- Luke - starałam się brzmieć autorytarnie, ale łagodnie. - Chciałabym abyś mi zaufał i czegoś spróbował. To odmieni twoje życie. Sprawi, że nie będziesz głodny i nie będziesz już musiał jeść ludzi.

Zauważyłam najpierw drżenie brody mojego poddanego, następnie na jego jowialnej twarzy pojawiły się łzy, aż w końcu wybuchł niekontrolowanym szlochem. Pózniej, zgodnie z tylko jemu znanymi kanibalskimi zwyczajami, padł na kolana i zaczął uderzać czołem o betonową posadzkę. Obawiałam się, że zrobi sobie krzywdę, albo uszkodzi i tak już mocno naruszony mózg.

- Ja wiedziałem - zawył - wiedziałem, żeś ta jedyna.

- Wstań proszę - rozkazałam, bo żal mi się go zrobiło. Walił i walił tą głową o beton jak jakiś czub. Zsunęłam się z łóżka, robiąc drobne kroczki, ograniczona przez owiniętą narzutę podeszłam do plecaka. Wyciągnęłam z niego tabletki sycące. Następnie prawie w podskokach zbliżyłam się do Luke'a.

DYSHARMONIAOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz