45. Z deszczu do bunkra

136 25 2
                                        


Stałam na ganku wpatrując się w Gotfryda nie bardzo wiedząc co zrobić. Nad nami przesuwały się burzowe chmury, a zygzaki błyskawic przeszywały je na wskroś.

- Wejdźmy do środka - zaproponował Hardy kładąc na chwilę ciążące mu torby z zakupami na ziemi. - Tu nie jest bezpiecznie ze względu na drony.

- Drony?- zapytał Gotfryd.

- Taa, dobrze słyszałeś, drony - mruknęłam. - Wygląda na to, że problemom nie ma końca. Faktycznie wejdźmy do środka. Musimy coś ustalić. Trzeba tylko rozładować auto.

Na głodnego trudno było zebrać myśli, podjęłam więc decyzję, że najpierw coś zjemy i przy okazji ustalimy jakiś plan działania. Po wniesieniu zakupów zasiedliśmy przy stole kuchennym: Mel, West, który właśnie się obudził, Ludojad Luke, Gotfryd, Hardy i ja. Nie widziałam większego sensu, żeby pozbawiać snu Hanę i niepotrzebnie ją denerwować. Got przygotował hektolitry kawy i herbaty, a ja nałożyłam jedzenie na talerze póki jeszcze było ciepłe. Po kuchni unosił się teraz apetyczny zapach frytek i warzywnych kotletów. I chociaż żarcie było dość śmieciowe, moje ślinianki oszalały. Zresztą chyba nie tylko moje. Przez pierwsze kilka minut nikt się nie odzywał a jedynym dźwiękiem jaki dało się słyszeć był odgłos przeżuwania i przełykania.

- Dłużej nie wytrzymam - wypalił Got, który jako jedyny z nas wszystkich nie zaznał głodu. Jedzenie nie było dla niego sprawą priorytetową. My od dłuższego czasu, nie licząc dziwnego żarcia u różowego Lucjana, nie spożywaliśmy nic poza sycącymi tabletkami, które, owszem zaspokajały główną potrzebę i dostarczały odpowiednią ilość kalorii, ale miały się jednak nijak do przyjemności jaką dawał prawdziwy gorący posiłek w dodatku pełen najrozmaitszych smaków.

- Okej - przełknęłam ostatni kęs. - Dla niezorientowanych, mamy problem. Nie żebyśmy wcześniej nie mieli, ale po pierwsze szukają nas tamte typy i o mało nie znaleźli mnie i Hardego w markecie. Udało nam się ukryć i podsłuchać o czym mówią. Zamierzają przeszukać okolicę dronami. Co prawda zakładają, że ukryliśmy się w górach po drugiej stronie rzeki, jednak uważam, że nie powinniśmy kręcić się po okolicy. Żadnego łażenia nad rzekę i tym podobne. - Posłałam znaczące spojrzenie Hardemu. - Poza tym Got twierdzi, że złapał sygnał mojego zegarka, który przemieszcza się z komisariatu policji w naszym kierunku.

Mel zastygł z frytką przy ustach.

- Tego zegarka? - zapytał. Oczy miał przekrwione , zapewne z powodu kilkugodzinnego gapienia się w ekran telewizora i braku snu.

Cóż. Doskonale wiedział w czym rzecz, gdyż był ze mną w momencie kiedy ów zegarek zdradził mnie przed Kapelusznikiem.

- W rzeczy samej. Kapelusznik, znaczy burmistrz Dark Point mi go zabrał - wyjaśniłam pozostałym.

- Hmm - mruknął Mel. - Więc to oznacza, że Kapelusznik jest w jego posiadaniu i co gorsza znajduje się gdzieś blisko. Pewnie wezwali go na granicę między twoim a naszym światem. Beznadziejnie.

- Nie do końca - zaoponowałam, zastanawiając się nad określeniem, którego użył Mel. Czyżby faktycznie to były dwa różne światy? Później się nad tym zastanowię. - Dzięki zegarkowi wiemy, przynajmniej gdzie obecnie znajduje się Kapelusznik i możemy tę wiedzę odpowiednio wykorzystać - zauważyłam.

- Czarno to widzę - skwitował Mel. - Coś mi mówi, że oni już wiedzą, gdzie jesteśmy, a nawet jeśli nie - tu przerwał, żeby wpakować sobie garść frytek do ust i podjął z pełną buzią - to... drony... raz dwa nas namierzą. - Przełknął. - To tylko kwestia kilku godzin i będziemy mieć gości. Nie ma sensu uciekać, bo i tak nas dorwą i wykończą. Krótko mówiąc proponuję skosztować uroków życia, nażreć się coby nie umierać głodnym, bo za chwilę to wszystko się skończy. I to jest wersja optymistyczna.

DYSHARMONIAOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz