Uwaga rozdział nie został poprawiony. Po prostu napisałam na szybko i od razu wrzucam, więc z góry przepraszam za wszystkie niedociągnięcia.
Znowu mościłam się bezkarnie w ramionach Hardego, sama dziwiąc się sobie, że jest mi w nich tak dobrze. Najwyraźniej ten człowiek wyzwalał we mnie wszystko co najgorsze, nieprawe instynkty i pragnienia. Był jak zakazany owoc.
- Puszczę Cię teraz - szepnął. - Nie przewrócisz się?
- Nie - odparłam, równocześnie zdając sobie sprawę jaką stratą energii był dla niego ten atak na mnie i ile musi go kosztować podtrzymywanie mnie teraz. Drżał i ledwie stał na nogach. - Zaraz cię uwolnię.
Gdy tylko wyswobodziłam się z jego objęć, spojrzałam na niego pełna skruchy.
- Przepraszam, wygląda na to, że jestem kretynką, której nawet luzem nie można zostawić.
- Żeby tylko takie kretynki chodziły po ziemi - parsknął, czym wywołał uśmiech na mojej twarzy.
Natychmiast zabrałam się za uwalnianie jego drugiej ręki i gdy uporałam się z supłem, a ramię Niebieskookiego luźno opadło wzdłuż ciała, Hardy dosłownie runął w moją stronę. Nie wiem jakim cudem utrzymałam i siebie, i jego.
- Wybacz waćpanno. Nie czuję nóg - wyjaśnił.
- Pomogę ci - oplotłam jego rękę wokół mojej szyi. - Musisz odpocząć i trzeba cię opatrzeć.
Hardy zaklął cicho lecz uczepiony mojego ramienia podążył w kierunku łóżka. Łóżka, które śmiało mogłoby pomieścić pięciu takich Lumpów. Materac ugiął się pod jego masą i zaskrzypiał głośno gdy Niebieskooki ciężko opadł na zieloną pościel.
- Dzięki waćpanno. - W jego głosie była wyczuwalna widoczna ulga. Przymknął na chwilę oczy i zrobił głęboki wdech, po czym wypuścił powietrze ze świstem.
Ze zgrozą przyglądałam się jego ciemnym obwódkom wokół oczu, siniakom, śladom po zębach i jakieś niezrozumiałe, nieznane mi dotąd uczucia pęczniały w moim wnętrzu, grożąc rozsądzeniem. Dosłownie dławiło mnie w piersi. Później zerknęłam na wielką wywrę w jego udzie, która została wygryziona i nagle obraz stał się niewyraźny.
- Waćpanno!? - zapytał. Spojrzałam na niego i szybko zamrugałam oczyma. - Nie no, czemu beczysz? - Przetarłam spływające po policzkach łzy wierzchem dłoni. - Słuchaj też nie jestem szczęśliwy z powodu tego małżeństwa, ale nie rozpaczam tak jak ty, chociaż też mam ochotę palnąć sobie w łeb.
- Palant - odpyskowałam.
- No to skoro już przeszliśmy z rozpaczy do złości, to może mi łaskawie wyjaśnisz po jaką cholerę zostałaś królową kanibali, ja ich królem, a nasze nienarodzone i nawet jeszcze niespłodzone dziecko ich przysmakiem? Swoją drogą panno niedotykalska, to chyba liczysz na niepokalane poczęcie.
- Chwila - odparłam i rozejrzałam się po pomieszczeniu, szukając czegoś czym skutecznie oczyściłabym ranę. Ponadto musiałam wyjaśnić Hardemu, że on tym królem nie został na długo i jeśli czegoś nie wymyślimy, to niebawem zginie.
W kącie pokoju tuż obok drzwi prowadzących do ubikacji, przycupnęła niewielka szafka, a na niej metalowa misa. Gdy podeszłam okazało się, że jest wypełniona wodą. Pomną dziwactw, które wyprawiało lumpiarstwo pochyliłam się i powąchałam ciecz. Bezwonna, bezbarwna, jeśli chodzi o smak to nie zamierzałam jej próbować. Obok leżał kawał czystej szmaty. Ludojad Luke przygotował wszystko jak należy. Chwyciłam michę, złapałam szmatę w dłoń i uzbrojona w te marne narzędzia do dezynfekcji zawędrowała do Hardego.
CZYTASZ
DYSHARMONIA
FantasíaNiedoszła policjantka, seksowny lump, melodramatyczny wróżbita, stary psychiatryk, martwa pacjentka, zapomniana przez wszystkich, skrywająca tajemnicę fabryka, wyznawcy Różowego Penisa i miejsce, które rzekomo nie istnieje. Jedna noc, jedna z poz...
