Obudziło mnie niezbyt mocne uderzenie w głowę. Otworzyłam oczy i ujrzałam toczącą się po pordzewiałej podłodze samochodu, puszkę. Pojazd, którym się poruszaliśmy wyraźnie zwolnił, by po chwili się zatrzymać.
- Wysiadka - usłyszałam głos doktorka Westa. - Musimy zmienić wóz.
Czułam się jakbym była totalnie pijana; w głowie mi się kręciło, a wzrok nie łapał ostrości. Chłód wspinał się po moich nagich ramionach, a lichy skórzany gorset stanowił marne odzienie. Modliłam się, żeby ktoś życzliwy pomógł mi wstać. I wtedy, jak nigdy, moje modły zostały wysłuchane, szkoda, że dopiero teraz. Nad moją głową zmaterializował się bowiem ciemny kształt, który przybrał postać Mela.
- Dawaj, waćpanno. Wyszło mi na to, że wstając jak nic uszkodzisz sobie kręgosłup, będę cię musiał dźwigać i...
- Tak, tak, wiem. Koniec końców zagłada świata murowana.
- Nikt mnie nie rozumie tak dobrze jak ty, waćpanno. Co nie znaczy - natychmiast uniósł ostrzegawczo palec, gdyż na moich ustach zaczął wykwitać niemrawy uśmiech - że cię lubię.
- Twoje uczucia są jak najbardziej odwzajemnione - odparłam. – Pozwolisz, że jednak skorzystam z pomocnej dłoni, coby w porę powstrzymać galopujący armagedon.
Chwyciłam wyciągnięta rękę Mela, który pociągnął mnie do pionu. Byłam pewna, że coś mi strzeliło, kręgosłup, żebra, a może jedno i drugie. Syknęłam z bólu i nadal wspierając się o Mela powoli zsunęłam się z paki. Pociemniało mi przed oczyma i gdyby nie wściekły głos Hardego, który zadziałał lepiej niż laser trzeźwiący, z pewnością bym upadła.
- Możecie się streszczać? Ropniaki na bank ruszyły za nami, a West ukrył wóz za skałami. Musimy tam pójść pieszo.
- Spokojnie - odpowiedziałam. - My tu tylko przed chwilą zapobiegliśmy apokalipsie. - Otworzyłam oczy i natknęłam się wprost na to zimne, oceniające spojrzenie Hardego.
Jego usta poruszyły się bezgłośnie, ale jestem pewna, że sformułowały coś w stylu „ja pierdolę". Niebieskooki odwrócił się do mnie plecami i zagadnął do doktorka.
- Mam nadzieję, że pamiętasz gdzie ukryłeś wóz?
- Coś ty taki ponury? Czarnowidztwo zostaw Melowi - odparł doktorek, pomagając Hanę z jej torbą. - To tam. - Wskazał przed siebie, gdzie na horyzoncie, na tle ciemniejącego nieba rysowały się majestatyczne góry.
- Będzie padać - zawyrokował Mel, ruszając pierwszy.
Szłam pół kroku za nim.
- Patrząc na te chmury śmiem przypuszczać, że to będzie wielki potop - zawyrokowałam.
Odwrócił się autentycznie zdegustowany.
- Twoje podejście do interpretacji faktów zwiastujących zagładę jest dość frywolne, waćpanno. Nie musisz być taką pesymistką - Że niby ja? - to akurat zwykły deszcz, nie rozpuści cię. Ale - uniósł palec - radzę patrzeć pod nogi.
- Bo? - Zerknęłam w dół.
- Zderzenie ze skałami bywa bolesne, a czasami nawet śmiertelne.
- Dzięki - bąknęłam i powlokłam się za resztą z uczuciem pozornej wolności. Za sobą zostawiłam strach i smierć. Wolałam jednak nie zaglądać w przyszłość, bo ta niewątpliwie rysowała się czarną grubą kreską. Ale byłam wolna i ograniczona jedynie przez widoczne na horyzoncie skalnej pustyni góry. Ból właściwie nie zelżał, ale przestał być tak nieznośnie dokuczliwy. Tempo mieliśmy dość szybkie, a mnie opuszczały siły. Pociłam się jak mysz, ciało miałam dziwnie ociężałe.
CZYTASZ
DYSHARMONIA
FantasyNiedoszła policjantka, seksowny lump, melodramatyczny wróżbita, stary psychiatryk, martwa pacjentka, zapomniana przez wszystkich, skrywająca tajemnicę fabryka, wyznawcy Różowego Penisa i miejsce, które rzekomo nie istnieje. Jedna noc, jedna z poz...
