22. No i mamy problem

146 24 9
                                        


Obudziło mnie niezbyt mocne uderzenie w głowę. Otworzyłam oczy i ujrzałam toczącą się po pordzewiałej podłodze samochodu, puszkę. Pojazd, którym się poruszaliśmy wyraźnie zwolnił, by po chwili się zatrzymać.

- Wysiadka - usłyszałam głos doktorka Westa. - Musimy zmienić wóz.

Czułam się jakbym była totalnie pijana; w głowie mi się kręciło, a wzrok nie łapał ostrości. Chłód wspinał się po moich nagich ramionach, a lichy skórzany gorset stanowił marne odzienie. Modliłam się, żeby ktoś życzliwy pomógł mi wstać. I wtedy, jak nigdy, moje modły zostały wysłuchane, szkoda, że dopiero teraz. Nad moją głową zmaterializował się bowiem ciemny kształt, który przybrał postać Mela.

- Dawaj, waćpanno. Wyszło mi na to, że wstając jak nic uszkodzisz sobie kręgosłup, będę cię musiał dźwigać i...

- Tak, tak, wiem. Koniec końców zagłada świata murowana.

- Nikt mnie nie rozumie tak dobrze jak ty, waćpanno. Co nie znaczy - natychmiast uniósł ostrzegawczo palec, gdyż na moich ustach zaczął wykwitać niemrawy uśmiech - że cię lubię.

- Twoje uczucia są jak najbardziej odwzajemnione - odparłam. – Pozwolisz, że jednak skorzystam z pomocnej dłoni, coby w porę powstrzymać galopujący armagedon.

Chwyciłam wyciągnięta rękę Mela, który pociągnął mnie do pionu. Byłam pewna, że coś mi strzeliło, kręgosłup, żebra, a może jedno i drugie. Syknęłam z bólu i nadal wspierając się o Mela powoli zsunęłam się z paki. Pociemniało mi przed oczyma i gdyby nie wściekły głos Hardego, który zadziałał lepiej niż laser trzeźwiący, z pewnością bym upadła.

- Możecie się streszczać? Ropniaki na bank ruszyły za nami, a West ukrył wóz za skałami. Musimy tam pójść pieszo.

- Spokojnie - odpowiedziałam. - My tu tylko przed chwilą zapobiegliśmy apokalipsie. - Otworzyłam oczy i natknęłam się wprost na to zimne, oceniające spojrzenie Hardego.

Jego usta poruszyły się bezgłośnie, ale jestem pewna, że sformułowały coś w stylu „ja pierdolę". Niebieskooki odwrócił się do mnie plecami i zagadnął do doktorka.

- Mam nadzieję, że pamiętasz gdzie ukryłeś wóz?

- Coś ty taki ponury? Czarnowidztwo zostaw Melowi - odparł doktorek, pomagając Hanę z jej torbą. - To tam. - Wskazał przed siebie, gdzie na horyzoncie, na tle ciemniejącego nieba rysowały się majestatyczne góry.

- Będzie padać - zawyrokował Mel, ruszając pierwszy.

Szłam pół kroku za nim.

- Patrząc na te chmury śmiem przypuszczać, że to będzie wielki potop - zawyrokowałam.

Odwrócił się autentycznie zdegustowany.

- Twoje podejście do interpretacji faktów zwiastujących zagładę jest dość frywolne, waćpanno. Nie musisz być taką pesymistką - Że niby ja? - to akurat zwykły deszcz, nie rozpuści cię. Ale - uniósł palec - radzę patrzeć pod nogi.

- Bo? - Zerknęłam w dół.

- Zderzenie ze skałami bywa bolesne, a czasami nawet śmiertelne.

- Dzięki - bąknęłam i powlokłam się za resztą z uczuciem pozornej wolności. Za sobą zostawiłam strach i smierć. Wolałam jednak nie zaglądać w przyszłość, bo ta niewątpliwie rysowała się czarną grubą kreską. Ale byłam wolna i ograniczona jedynie przez widoczne na horyzoncie skalnej pustyni góry. Ból właściwie nie zelżał, ale przestał być tak nieznośnie dokuczliwy. Tempo mieliśmy dość szybkie, a mnie opuszczały siły. Pociłam się jak mysz, ciało miałam dziwnie ociężałe.

DYSHARMONIAOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz