54. Wojna to najmniejszy problem

99 21 1
                                        



Leżałam na podłodze w sypialni mieszczącej się na piętrze w chacie Gota. Czułam pod plecami twarde dębowe deski, które wbijały mi się w wystające łopatki. Mogłam położyć się na łóżku, ale pozostając na podłodze, karałam się za to, że tak wszystko spieprzyłam. Wpatrywałam się bezmyślnie w nierówny sufit. Próbowałam zasnąć, lecz sen nie nadchodził, chociaż byłam zupełnie wyczerpana. Odrętwiała podniosłam się z podłogi. Oczy piekły mnie ze zmęczenia i morza wylanych łez. Hardy mnie zdradził. Ta myśl w nieskończoność tłukła się po mojej głowie. Miałam ochotę wrzeszczeć na całe gardło, żeby tylko zagłuszyć ten bezlitosny wewnętrzny głos mojego umysłu. Musiałam znaleźć sposób, by jakoś uspokoić serce i myśli. W końcu zupełnie odrzuciłam rzeczywistość chroniąc się przed druzgocącą prawdą. Jakby wydarzenia sprzed kilku chwil nigdy nie miały miejsca.

Uważając, żeby nie natknąć się przypadkiem na Mela lub Westa, zeszłam na dół. Prawdę powiedziawszy nie wiem jak miałabym im przekazać informacje o samolubnej decyzji Hardego, ale nagle uderzyła mnie pewna myśl: „A może oni wiedzieli? Może im powiedział?". Zatrzymałam się przy stopniach prowadzących do piwnicy, lecz w ostatniej chwili odrzuciłam pomysł, by o to wprost zapytać Mela. Zwyczajnie nie miałam siły na słuchanie kolejnych wyjaśnień lub co gorsza na składanie własnych. Ponadto uznałam, iż najlepszym sposobem na poradzenie sobie z emocjami, będzie oszukiwanie samej siebie, że to się w ogóle nie wydarzyło. Powtarzając to sobie w myślach niczym mantrę, zeszłam na dół i usiadłam z powrotem przy biurku. Gotfryd jeszcze nie wrócił, a zatem komputer pozostawał do mojej dyspozycji.

Przez pierwsze dziesięć minut wpatrywałam się tępo w panel, obawiając się uruchomić zapis cyfrowy z przesłuchania mojej matki. Czy mogłam zobaczyć coś gorszego niż Hardy znikający gdzieś w zaroślach? Chyba nie, zakładałam jednak, że nie zniosę kolejnych złych wiadomości. Mimo wszystko ciekawość zwyciężyła. Wzięłam kilka głębszych wdechów, żeby zapanować nad emocjami i, jak mi się wydawało, spokojniejsza kliknęłam w okno zapisu cyfrowego. Ekran ponownie wypełnił obraz mojej matki. Teraz dopiero zauważyłam nasze delikatne podobieństwo, pewne niuanse jak dłonie czy kciuki wyglądające identycznie jak moje, zakręcone długie rzęsy, chociaż zupełnie inne oczy. Ciemne, długie i gęste włosy na pewno odziedziczyłam po niej. Teraz mogłam tylko o takich pomarzyć. Przeczesałam ręką krótką i nieco nastroszoną czuprynę, przyglądając się Vivien. Jaka była? Co czuła? Co się wydarzyło, że stałam się sierotą? Na to ostatnie pytanie po prostu musiałam znaleźć odpowiedź. Vivien uśmiechnęła się z ekranu, chociaż w tym geście nie było krzty wesołości. Jej oczy były czujne, nieruchome wpatrzone w rozmówcę, tylko dłonie wykręcające palce zdradzały zdenerwowanie.

„- Co tutaj robię? - zapytała.

- Doktor Bruneau" - odezwał się mężczyzna po drugiej stronie kamery. Głos miał mocny, głęboki o ciepłej barwie. Gdybym miała sobie wyobrazic osobę ukrytą za obiektywem, najpewniej ujrzałabym mężczyznę o solidnej budowie ciała, postawnego o ciepłych piwnych oczach, które spoglądały na człowieka przyjaźnie. – „Doszły nas słuchy, że sprzeciwia się pani Dysharmonii, a nawet sabotuje program."

„- Jako naukowiec i człowiek, a przede wszystkim człowiek, nie godzę się na coś takiego i nie rozumiem jak ludzie o nieskazitelnych genach mogą dopuszczać się takich okrucieństw. Przecież wiesz, co tam się wyprawia - zwróciła się do przesłuchującego dość nieformalnie.

- Doktor Bruneau, upominam, jestem tutaj w charakterze śledczego.

Vivien, chyba tak łatwiej było mi ją nazywać, niż własną matką, spojrzała na niego pobłażliwie i mogłam sobie wyobrazić, że w ten sposób mogłaby spoglądać na mnie, gdybym coś zbroiła.

DYSHARMONIAOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz