4. Usłyszy cię

845 50 15
                                        

Znokautowanie Monroe i jej towarzysza wcale nie było trudne – bądź co bądź oboje nie mieli zbyt dużego doświadczenia, w przeciwieństwie do Theo, który większość swojego życia był zmuszony z kimś walczyć. Element zaskoczenia też działał oczywiście na jego korzyść. Bez problemu powalił dwóch pierwszych przeciwników na ziemię nie robiąc nawet dużego hałasu, po czym wyjrzał za drzwi. I tutaj już zaczęły się kłopoty...

Pod schodami, na drugim końcu krótkiego korytarza stał kolejny łowca, który, w przeciwieństwie do Monroe i jej towarzysza, był już przygotowany. Gdy tylko Theo wychylił głowę za drzwi, posypał się grad pocisków. Chłopak ledwo zdążył z powrotem się schować. Może jednak nie byli aż tak nierozgarnięci, jak do tej chwili sądził...

Strzały ustały, ale Raeken nie słyszał kroków, co oznaczało, że łowca pozostał na swoim miejscu. Niech to... Załatwienie go z bliska byłoby łatwe, ale podejście do niego tak, aby nie zostać postrzelonym wydawało się prawie niemożliwe. Theo mógłby oczywiście drażnić się z nim, dopóki nie wystrzela całego magazynku, ale wiedział, że nie mają tyle czasu – strzały zapewne zaraz przyciągną więcej osób. Na tym etapie Raeken nie łudził się już, że może nikogo innego nie ma w domu. Musiał działać szybko.

– Co teraz? – zapytał wyraźnie przestraszony Liam. Theo tylko spojrzał na niego przelotnie bez słowa, po czym chwycił karabin należący do towarzysza Monroe, wychylił się zza drzwi i zaczął strzelać nieco na oślep. Poczuł satysfakcję słysząc wrzask łowcy, którego udało mu się zaskoczyć i zranić na tyle, że upadł i wypuścił broń. Żółtodziób...

Raeken rzucił się w jego stronę i jednym ciosem pozbawił przytomności. Następnie podniósł jego karabin i spojrzał na wychylającego się zza drzwi Dunbara w samą porę, aby zobaczyć Monroe nadal leżącą na podłodze, ale przytomną i w dodatku celującą do chłopaka z pistoletu.

– Uważaj! – krzyknął, ale Liam już wcześniej zdążył wyczytać z jego twarzy, że coś się dzieje. Odwrócił się akurat w momencie, gdy łowczyni nacisnęła spust. Odskoczył w ostatniej chwili. Kula drasnęła lekko jego bok, ale nie wyrządziła żadnej poważnej szkody. W tym samym momencie Theo rzucił się na kobietę, jednak tym razem była na to przygotowana. Kolejna kula dosięgnęła ramienia Raekena ułamki sekund zanim chłopak zdążył zadać cios i to właśnie uratowało jej życie. Gdyby nie strzał, chłopak bez wahania by ją zabił, jednak ból w ramieniu skutecznie zmniejszył jego siłę i celność, dlatego zdołał tylko znów pozbawić łowczynię przytomności. Przez chwilę miał przemożną ochotę uderzyć jeszcze raz, ale w tym momencie usłyszał kroki u góry. Kolejni ludzie zbierali się za drzwiami u szczytu schodów. Nie było czasu na zabawy.

Zerknął na Liama, aby upewnić się, że jeszcze trzyma się na nogach, po czym pociągnął go za rękę na korytarz, cały czas zasłaniając go na wypadek, gdyby łowcy wtargnęli na schody. Udało im się bezpiecznie dotrzeć do kolejnych drzwi. Theo przyłożył do nich ucho, próbując zorientować się, ilu łowców czeka po drugiej stronie. Ból w ramieniu utrudniał mu koncentrację, ale w końcu naliczył trzech, co dawało im duże szanse na ucieczkę.

– Jest ich trzech – poinformował szeptem Liama – Mamy szansę. Trzymaj się za mną i się nie wychylaj, jasne? Cokolwiek by się nie stało, wydostań się stąd i znajdź Scotta.

Dunbar potrząsnął głową skonfundowany.

– A gdzie twoje "nie umrę za ciebie", co?

Theo prychnął, spoglądając na młodszego z czarującym, aczkolwiek wyraźnie ironicznym uśmiechem.

– Nie umrę za ciebie – zapewnił – Po prostu nie dam ci się zabić.

To musiało wystarczyć Liamowi, bo w tej chwili Raeken popchnął drzwi z całej siły i wyskoczył z rykiem na korytarz. Nie zawracał sobie głowy subtelnościami, po prostu ciął pazurami po twarzy najbliżej stojącego łowcy i z łatwością wytrącił mu broń. Następnie rzucił nim jak lalką w stronę dwóch pozostałych, pozbawiając ich na chwilę równowagi. To wystarczyło, aby ich rozbroić, choć nie obyło się bez ran – kolejna zabłąkana kula drasnęła jego udo. Syknął, nie tyle z bólu, co ze złości, wiedząc, że ze zranioną nogą będzie trudniej się przemieszczać.

Zerknął w stronę Dunbara wychylającego się zza drzwi z zaniepokojonym wyrazem twarzy i jedynie skinął na niego głową bez słowa, starając się w międzyczasie wyciągnąć kulę ze swojego ramienia. Gdy już mu się udało, razem podeszli do najbliższych drzwi, nasłuchując bicia serc za nimi, jednak niczego nie usłyszeli. Theo odetchnął z ulgą, pociągając za klamkę i wchodząc pierwszy do niewielkiej sypialni. Liam wyślizgnął się za nim. Pomieszczenie było skromnie urządzone. Znajdowało się tam łóżko, szafka nocna, duża szafa, biurko i fotel, ale chłopców interesowało jedynie okno... Raeken nie tracił czasu, po prostu otworzył je, wyjrzał na zewnątrz i dopiero wtedy zorientował się, że jest zupełnie ciemno, co oznaczało, że prawdopodobnie spędzili uwięzieni całą dobę. Kiedy stwierdził, że nie widać żadnego zagrożenia, zwyczajnie wyskoczył. Mimo że znajdowali się na parterze, poczuł ból w zranionej nodze. Przeniósł ciężar ciała na drugą, żeby móc stać w miarę pewnie i pomóc Dunbarowi wydostać się na zewnątrz. Chłopak był obolały i poruszał się naprawdę bardzo niezręcznie, w końcu jednak udało im się wydostać z budynku. Od lasu, w którym mogliby się schronić oddzielał ich jedynie stary płot z siatki. Rozerwanie go nie stanowiło problemu i już po chwili maszerowali wśród drzew, zmuszając siebie nawzajem do stawiania kolejnych kroków. Liam pomyślał, że gdyby był tutaj sam, pewnie już dawno położyłby się w krzakach i po prostu zasnął mimo świadomości, że jeśli to zrobi, to prawdopodobnie już się nie obudzi. Teraz jednak musiał dotrzymywać kroku Theo, który, mimo własnych ran, obejmował go w pasie i pół prowadził, pół ciągnął między drzewami.

Nie miał pojęcia, ile tak maszerowali. Wydawało mu się, że kilka razy przysypiał, ale zawsze gwałtowne szarpnięcie i zniecierpliwiony głos Raekena przywracały go do rzeczywistości. Miał ochotę powiedzieć chłopakowi, żeby po prostu się zamknął, ale myśląca logicznie część jego umysłu przypominała mu, że tylko dzięki temu gadaniu nie stracił jeszcze przytomności. Dlatego po prostu starał się wykrzesać z siebie resztki sił i pozwalał Theo się prowadzić, mając nadzieję, że ten wie przynajmniej w jakim kierunku powinni iść.

Oczywiście wiara chłopaka była złudna. Raeken nie miał absolutnie żadnego pojęcia, gdzie są, ani którą drogą dadzą radę dojść do jakiejś cywilizacji. Po prostu kierował się w stronę, z której dochodziły odgłosy miasta, chcąc jak najbardziej oddalić się od miejsca, w którym byli przetrzymywani. Cały czas zerkał z niepokojem na Liama. Zastanawiał się, jak długo chłopak da radę iść i jak długo on sam będzie w stanie go prowadzić. Rany dokuczały mu coraz bardziej i chociaż naprawdę nie chciał ryzykować, zdawał sobie sprawę, że może to ich jedyny sposób na przeżycie...

Gdy znaleźli się przy nieco szerszej drodze, Theo uznał wreszcie, że są już dostatecznie daleko od kryjówki łowców aby wezwać pomoc, tym bardziej, że coraz bardziej ciążył mu Dunbar uwieszający się na jego ramieniu.

– Zawyj – polecił. Liam spojrzał na niego spod półprzymkniętych powiek tak, jakby nie do końca rozumiał, o co chodzi.

– Hę?

Raeken przewrócił oczami z ciężkim westchnieniem.

– Zawyj – powtórzył – Scott cię usłyszy. Przyjdą po nas.

– Chyba, że wyprzedzą ich łowcy – odparował Dunbar. Starszy chłopak zmarszczył gniewnie brwi.

– Możemy albo zaryzykować, albo czekać na śmierć, bo nie wiem, jak ty, ale ja nie dam rady iść dalej.

Theo wiedział, że Liam ma rację. Wycie mogło przyciągnąć do nich wroga, ale musieli podjąć to ryzyko. W przeciwnym razie mogliby po prostu się położyć i czekać, aż się wykrwawią. Z resztą, po pokonaniu części łowców obecnych w ich zaimprowizowanym więzieniu, istniała szansa, że nie będzie miał kto po nich przyjść – nie wiedzieli przecież ilu jeszcze pozostało. Tak czy inaczej musieli spróbować i Dunbar chyba też zdał sobie z tego sprawę, bo jedynie westchnął cicho, po czym zawył ile sił w płucach. Dźwięk rozniósł się po lesie, rozpraszając się wśród drzew, mijając ulice i budynki Beacon Hills, aż w końcu dotarł do starego, zniszczonego jeepa, którym dwóch chłopców jeździło od kilku godzin, próbując znaleźć swojego zaginionego przyjaciela. Jeden z nich wyprostował się nagle, zwracając na siebie uwagę siedzącego za kierownicą towarzysza.

– Wiem, gdzie on jest – poinformował z całym przekonaniem Scott McCall, a jego oczy rozbłysły krwawą czerwienią.

Rules (Thiam)Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz