Rozdział 5

60 7 4
                                        

Ostra woń utopiła go swoją świeżością, zalewając jego drogi oddechowe oparami gęstymi jak syrop. Poczuł niemal jej miętowy smak i zerwał się prędko z kaszlem, czując jak napar doszczętnie i brutalnie oczyszcza jego gardło i nos.

- Gorzej ci!? - syknął instynktownie.

- Alternatywnie: „dziękuję" - burknął Lucyfer, odstawiając filiżankę z parującym naparem na szafkę nocną o pogryzionych przez psa rogach.

Jego ruchy były sztywne i pozbawione delikatności, gdy za ramię Edwarda docisnął z powrotem do materaca. Okna były jak zwykle zasłonięte, a więc jedynym źródłem światła została słaba lampka obok.
Edward znalazł się w swojej sypialni, przebrany w suche spodnie i koszulkę, spoczywając wygodnie na całej górze puchatych poduch i kołder. Jego noga nie bolała już w miejscu, gdzie zęby demona rozerwały mu skórę. Mrowiła jedynie, gojąc się w ekspresowym tempie, do którego Edward nie potrafił się jeszcze przyzwyczaić.

Lucyfer wydawał się bardzo zgorzkniały swoją obecnością tutaj, ale zresztą, kiedy nie był ostatnim razem? Z tej samej szafki uniósł niewielką, brązową buteleczkę i na dłoń wylał hojną porcję lekko zagęszczonego płynu.

- Leż - rozkazał szorstko i dłoń wsunął za poluzowany dekolt jego starej już koszulki.

Olejek był gorący, parzył nawet trochę, a gdy Lucyfer wcierał mu go w pierś, Edward miał wrażenie, że ścieka prosto na jego żebra i płuca. Zarazem jednak unosił się też w górę orzeźwiającymi oparami, a od całej tej sensacji Edward znów zrobił się senny.

- Kiedy mówiłem o hartowaniu się, nie miałem namyśli rzucania się do rzeki w środku zimy - powiedział władca, wylewając na dłoń więcej olejku, by następnie wetrzeć mu go w szyję.

Edward oszczędził sobie tłumaczeń, że nie taki był jego zamiar. Lucyfer doskonale to przecież wiedział, ale drobnych złośliwości czasem nie potrafił sobie odmówić.

- Widziałem coś znowu - powiedział więc, przechodząc do ważniejszych spraw. - Był z Erlikiem tym razem.

Dopiero wtedy Lucyfer na niego spojrzał, jego białe oczy wyraźne w ciemności pokoju.

- W jakim kontekście?

- Jak przyjaciel... - zastanowił się na moment - trochę jak brat nawet. Mówił, że będzie odesłany na jakiś „trening", ale żadnych konkretów.

Lucyfer nie zadał więcej pytań, tak jak to miał zresztą w zwyczaju. Z ponad przeciętną sprawnością łączył fakty, a więc minimalna ilość informacji wystarczała mu do ułożenia całego obrazu.
Edward natomiast za jego tokiem myśli był zmuszony nadążać.

- W takim razie rysuj, póki masz świeżą pamięć - postanowił wreszcie. - Oraz, w miarę możliwości, spróbuj się nie utopić na kolejnym polowaniu.

Z tym Lucyfer zakręcił buteleczkę, chowając ją do kieszeni długiego płaszcza, a przynajmniej z płaszczem Edward to dziwne okrycie sobie skojarzył. W sumie to przypominało bardziej pelerynę, czarną, może delikatnie fioletową z luźnym kapturem.

- Przyjdziesz w tym tygodniu? - zapytał, gdy Lucyfer wstał, owy kaptur wciągając na głowę.

Władca zamyślił się na sekundę, poprawiając rękawy i spojrzenie gubiąc gdzieś na ścianie.

- Pojutrze możesz mnie oczekiwać. Przygotuj wszystko - postanowił wreszcie. - Poza tym masz dwa razy dziennie pić pół szklanki naparu z dziewanny i drugie tyle z anyżu. Jeśli twój stan się nie poprawi, to zwiększ dawkę do trzech razy na dzień, nadążasz?

- Mhm.

- Zrezygnujcie też z treningów w tym tygodniu, jedz regularnie i ubieraj się ciepło. Nie możesz znowu zachorować, zmarnujemy za dużo czasu.

Strzelajmy W Szczury 3Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz