Ciemność niewiele mu przeszkadzała. W końcu i tak zdawał się w większości na węch, nawigując po ciasnych, pełnych pyłu zakamarkach piekieł. To miejsce niewiele się różniło. Poszarpanymi dłońmi gładził kamienne ściany, przeciskając się utworzonymi kanałami w poszukiwaniu poszlaki świeżego powietrza oraz znajomego, słodkiego zapachu. Szatan nie był w stanie utrzymać go do końca. Kilka sekund przed uderzeniem o dno fala gruzu złamała jego uścisk. Usiłował się tym jednak nie przejemować. Jeśli przeżył, nie mógł upaść daleko.
Grunt urwał się nagle zaraz przed nim i Szatan ostrożnie zjechał po stromej, gładkiej ścianie. Teraz znalazł się w szerszej przestrzeni i ściany przestały gnieść mu płuca. Ściskając zraniony bok na wysokości żeber, przesuwał się od jednej świeżej sterty gruzu do drugiej. Przysuwał do nich twarz, rozpracowując przez moment zapach po czym ruszał dalej.
Przemierzając tak powoli długość tunelu pomyślał, że być może faktycznie bywał czasem nierozważny. Czy jednak żałował? Nie. Nie wszystko było jeszcze stracone. Los był po jego stronie.
Od poszukiwań oderwał go zapach krwi. Gęsta chmura pyłu w powietrzu myliła jednak jego węch i nie był pewien do kogo należała. Ruszył z miejsca i nagle oprócz żeber, zaczęła boleć go lewa noga. Utykając jak postrzelony, zbliżył się do źródła woni.
Po kilku chwilach znalazł się przed niewielką wnęką między odłamkami głazu. Usłyszał ciche kwilenie. To nie był Asmodeus. Nagle Szatan przestał utykać i bez problemu wspiął się wyżej sterty, by zajrzeć do wnęki.
Widział jedynie jasną plamę zaklinowaną między czernią głazu, a gdy przyklęknął i sięgnął ku niej, poczuł lepką krew. Jasna plama odpowiedziała głośniejszym skomleniem. Biały demon chciał się cofnąć i ruszyć w inną stronę. Nie zrobił tego. Drgnął wyłącznie, naderwanymi paznokciami zadrapał kamień, po czym przysunął się bliżej. Teraz wyciągnął obie ręce i wziął ów plamę w objęcia, wyciągając ją z potrzasku.
Szatan usiadł, trzymając kwilącego psa na udach. Lucyfer dyszał bardzo ciężko, a jego ciało poddawało się ruchowi jak szmaciana lalka. Biały demon przesunął dłoń po jego futrze, znajdując źródło jego boleści. Miał kilka większych bądź mniejszych zadrapań, ale najgorsze znajdowało się zaraz przy jego karku, ponad prawą łapą. Zakwilił, wlepiając bezwiednie oczy w ciemność, gdy Szatan dotknął rany.
– Ciii...
Przejechał dłonią wzdłuż jego karku, czując sierść, która zlepiona od krzepnącej już krwi przypominała w dotyku kruchą, włóknistą płytkę. Drugą ręką biały demon przytrzymał jego pysk.
– Już spokojnie... – mruknął, odsuwając futro od rany, by nie podrażniać jej dalej. – Dobry piesek.
Nie mógł zrobić wiele. Póki co. Sam był jeszcze zbyt mocno obity, czuł jak nie krew, ale energia sączy się z jego ciała i gdy zagryzł język zrozumiał, że naprawdę mógł zadziałać zbyt pochopnie. Ale nie wszystko było jeszcze stracone.
Wstał z psem na rękach, na co ten pisnął.
– Ja wiem, ja wiem... – powiedział cicho i poprawił uścisk tak, by lucyfer oparł pysk przy jego ramieniu.
Szybkim krokiem ruszył dalej, gdy teraz nie tylko pył, ale i odór zwierzęcej krwi zakłócał mu zmysły w poszukiwaniu tego, co ważne.
Sieć jaskiń była zawiła i po dłuższej chwili Szatan zdał się już wyłącznie na swoje parszywe szczęście, skręcając w losowe korytarze, gdy pies skomlał mu cicho przy uchu. W lewo, w prawo, w prawo, prosto, kilka razy chyba zrobił okrążenie, ale nie zatrzymywał się, by spróbować się upewnić.
Jeszcze raz w lewo i nagle podniósł głowę, widząc ruch w ciemności. Powąchał powietrze dla pewności i nagle znów odezwała się jego kontuzja w nodze.
– To ty! – usłyszał zdławiony, zachrypnięty głos. – Wiem, że to ty. Widziałem twoją dłoń – Asmodeus prychnął, wskazując na niego, gdy drugą ręką opierał się o ścianę.
CZYTASZ
Strzelajmy W Szczury 3
FantasíaTo był spokojny czas. Nieidealny może, lecz nadal spokojny, beztroski, na tyle nawet, że śmieli ujrzeć w nim prawdziwy koniec całej tej tragedii. To była jednak jedynie chwila przerwy przed wielkim finałem. Częste i niewyjaśnione przypadki opętań s...
