Łatwo było przejrzeć przez fasadę skupienia wymalowaną na jego brudnej, poranionej twarzy. Czuł jak warstwa kurzu i krwi pęka od zmarszczek na jego czole, gdy uparcie trzymał palce wbite w zeszyt. Patrzył na rysunek Ducha, jakby chłopiec miał ożyć i chociaż raz powiedzieć coś przydatnego. Jakieś imię, jasną informację, przyczynę, cokolwiek. Ten jednak uparcie milczał, a Edward zaczynał odczuwać głęboką nienawiść.
Na zaczepki ze strony Oskara odpowiadał zdawkowo. Średnio miał teraz ochotę na rozmowy, szczególnie o Asmodeusie. A Oskar nigdy nie miał zbyt dobrego wyczucia.
– Wiesz, relacje międzyludzkie, czy tam międzyludzko-demoniczne nie zawsze mają być na zawsze – mówił, ignorując to jak sam był ignorowany. – Co tam dla ciebie... ile? Pięć, sześć lat twojego życia? Rudy, ty to może nawet nieśmiertelny jesteś. Przecież to moment. O – pstryknął palcami – taka chwila twojego życia.
Edward na końcu języka zatrzymał zbyt cięte słowo. Oskar chciał dobrze, chciał go pocieszyć i znowu na barkach Edwarda spoczął obowiązek uszanowania tej... próby.
W gruncie rzeczy nawet nie wiedział skąd on i Daria wiedzieli o tym co zaszło między nim i Asmodeusem. Być może ich kłótnia była odrobinę za głośna. Albo to jak nagle przestali iść koło siebie dało pozostałym do myślenia. Albo może zdradziła ich mowa ciała, gdy Edward zaczął chodzić jak naszpikowany milionem igieł, a Asmodeus z mową ciała zbitego psa. Można było się wyłącznie domyślać.
Ratunek pojawił się w nietypowej formie. Gdy Cade cofnęła się w stronę Asmodeusa, Parek zatoczył się w miejscu, wahając się między pozostaniem przy bezpiecznym ramieniu swojej pani, czy może wykorzystać moment do ucieczki. Ostatecznie nogi mu się poplątały i na ten moment zaprowadziły go do Edwarda, nie zważając na to jak trącił idącą obok dziewczynę, by zajrzeć mu przez ramię.
– Co to? – zapytał, przyglądając się rysunkowi.
Edward zagryzł znowu czubek języka. Jednak nie chodziło o to, że nie miał ochoty rozmawiać o Asmodeusie. Nie miał ochoty rozmawiać w ogóle.
Odtrącił demona od siebie.
– Ja się włóczę z tą ferajną od początku, a sam do końca nie wiem – Oskar wtrącił się, widocznie zadowolony na znalezienie bardziej aktywnego kompana rozmowy. – Jakiś... Antychryst. Syn Szatana, czy coś.
– Syn? – Parek zmarszczył brwi, zerkając jeszcze raz na rysunek. – Przecież to nie jest jego syn.
– Syn, czy nie syn, tak czy inaczej o niego się rozbija cały-
– Skąd wiesz? – przerwała mu Daria, zachodząc biesa z drugiej strony.
Parek wzruszył ramionami.
– No widziałem go przecież – rzucił lekko, bezmyślnie.
Wszyscy przystanęli, równo, jak parada wojskowa na rozkaz.
– ... Znasz go? – Daria powtórzyła, gdy Parek widocznie zmieszał się na widok ich szoku.
– A wy nie? – zapytał, z jakiegoś powodu patrząc w szczególności na Edwarda. – Przecież to jest-
Nigdy nie podzielił się kim jest, bo w tej samej chwili Szatan odwrócił się i wyciągając związane ręce, zakończył żywot Pareka w mgnieniu oka.
Bies zachwiał się na nogach, jego oczy szeroko otwarte. Z jego garda wypełznęło mokre, szorstkie charknięcie po czym bezwiednie opadł na ziemię.
Jego krew rozlała się po śniegu w ciszy, jego martwe ciało otoczone przez postaci, które nie śmiały chociażby drgnąć. Pierwszym odgłosem był ciężki, zduszony wydech, wydarty ze ściśniętego gardła. To była Cade, ale nim ktoś zwrócił uwagę, pospiesznie zamknęła zwierzęcą czaszkę na twarzy.
Potem wydawało się jakby gdzieś dalej, daleko, dziesiątki kilometrów, stąd rozległy się wściekłe wrzaski, gdy Lucyfer chwycił Szatana, który nawet nie próbował się uwolnić.
Edward spojrzał na nich.
CZYTASZ
Strzelajmy W Szczury 3
FantasyTo był spokojny czas. Nieidealny może, lecz nadal spokojny, beztroski, na tyle nawet, że śmieli ujrzeć w nim prawdziwy koniec całej tej tragedii. To była jednak jedynie chwila przerwy przed wielkim finałem. Częste i niewyjaśnione przypadki opętań s...
