Nie docenili swego wyczerpania, bo chociaż pies stał pod ich kryjówką, szczekając w niebogłosy i podskakując, by zębami spróbować chwycić ich nogawki, nie zdołał sprowadzić ich z powrotem do świata żywych.
Całe szczęście wtedy nadeszła pomoc.
- Hejo!
Edward zerwał się jak poparzony, serce mu w gardle stanęło, gdy nagle przygniotło go coś, a przed oczami ujrzał szeroki, zakrwawiony uśmiech. Otrząsnął się, usiłując odzyskać panowanie.
- Co-
- Idziesz walczyć, czy nie? - zapytał Szatan.
Siedział na nim, pochylony w bliskości, od której Edwardowi chciało się wymiotować. Prędko też zrozumiał, że krew na zębach białego demona nie była jego własna.
Jego dłoń prędko pobłądziła na posłanie obok, macając na oślep grube okrycia, tak jak zawsze robił to, gdy panikował. Tym razem jednak nie znalazł tego znajomego ciepła, by ukoić jego nerwy.
Odwrócił głowę, czując jak zaś serce całymi tonami spada mu na żołądek.
- Gdzie jest Azi?
I Szatanowi humor widocznie przeminął. Schował kły, jego uśmiech zrzedł, a oczy otwarły się szerzej, znów nadając mu tej aparycji spłoszonego dziecka.
- Zgubiłeś go?
- Gdzie ty masz łańcuchy?
- Lucyfer sobie poradzi - stwierdził biały demon i sprawnie zszedł z Edwarda, zeskakując z ich kryjówki. - Chodź!
Edward zbyt jeszcze był oszołomiony, by podważać wykrzyczane rozkazy. Zsunął się na ziemię, gdzie pies od razu dopadł do niego z piskiem i merdającym ogonem.
- Chodź, ja go wyczuję! - zawołał Szatan, odbiegając już.
Edward nie potrafił go zrozumieć. Szczególnie gdy przez wahanie został w tyle, a biały demon zatrzymał się i znów popędził go krzykiem.
Dlaczego?
Jeśli chciał szukać Asmodeusa, nie lepiej było grać zbawcę samodzielnie?
Nie miał czasu w to wnikać. Nie chciał w to wnikać. Gdziekolwiek Asmodeus był, na tą chwilę tylko Szatan mógł mu pomóc go znaleźć.
Pobiegł za nim.
Nie wiedział, gdzie go prowadził. Gdy mdłe światło ogniska i odgłosy klingi uderzającej o klingę pozostawili za plecami, otoczyła go kompletna pustka. Szatan był o krok przed nim, złapał go już za rękaw, a Edward nawet jego nie mógł dojrzeć.
Zwątpił na sekundę. Naszła go myśl pułapki, ale zbył ją. Pies z nim był, oceniając po dźwięku jego dyszeń wyprzedził nawet Szatana, a temu zwierzakowi Edward ufał bardziej niż sobie.
Obolałe płuca i wciąż senny umysł strawiły jego poczucie czasu. Nie był pewien ile biegł przez tą czerń. Pamiętał tylko moment, gdy przez szparę światło wreszcie wciekło do środka. Dojrzał psa, potem Szatana i dotarło do niego jak mocno waliło mu serce.
Biały demon puścił go, przez wąską szczelinę wykaraskał się na powierzchnię za lucyferem. Edward był większy niż on, chwilę dłużej zajęło mu przeciskanie się, a na zewnątrz zastał go widok szerokiego może na trzy, cztery metry przelotu między wysokimi górami. Ranek musiał być bardzo wczesny. Wszystko było widoczne, ale spowite w szarawym błękicie.
Szatan był już po drugiej stronie, pies z nim, w dwójkę krążyli pod pionową ścianą skalną, rozgorączkowane spojrzenia rzucając w górę. Gdy tylko Edward do nich dołączył, biały demon wydał całymi płucami długi jęk, ciągnąc za własne, rozmierzwione włosy.
- Gdybym miał skrzydła! - poskarżył się, po czym zwrócił w stronę Edwarda, wskazując w górę ściany. - Podsadź nas tam!
Jakieś dziesięć metrów dzieliło ich od najbliższego wyżłobienia, przynajmniej pięć razy tyle od samego szczytu.
CZYTASZ
Strzelajmy W Szczury 3
FantasyTo był spokojny czas. Nieidealny może, lecz nadal spokojny, beztroski, na tyle nawet, że śmieli ujrzeć w nim prawdziwy koniec całej tej tragedii. To była jednak jedynie chwila przerwy przed wielkim finałem. Częste i niewyjaśnione przypadki opętań s...
