Rozdział 35

22 5 1
                                        

Kolejnego dnia ruszać mogli bez większych nieprzyjemności, co wydawało się wielce zaskoczyć Lucyfera. Gdy tylko się obudził, co po chwila marszczył brwi, rozciągając barki i od razu zabrał się za przygotowania do dalszej drogi, jakby chciał jak najprędzej sprawdzić, czy może. Mógł, a więc gdy reszta dopiero zaczęła się budzić, mogli od razu jechać dalej.

- Środek, który przyszykowałeś - władca zaczepił Edwarda, gdy akurat w trakcie finalnych przygotowań zdążył go złapać na osobności - nie był idealny.

- Doprawdy? - mruknął z ironią, zaciskając mocniej pasy przy siodle na ich bagażach.

- Ale był dobry - przerwał Lucyfer, a patrzył na niego tak, że przez moment wydał się księdzu jeszcze wyższy. - Lepszy niż się po tobie spodziewałem. Jako mój uczeń, przyniosłeś mi dumę.

Równie dobrze mógłby mu powiedzieć, że Bóg nie żyje i on ma teraz przejąć władzę. Oba oświadczenia zostawiłyby Edwarda w tym samym szoku. Z oszołomienia nic nie zdołał mu odpowiedzieć, a więc bez słowa i z krokiem nieco sztywniejszym Lucyfer znów go zostawił.

- Tata jest z ciebie duuumny.

Edward otrząsnął się i z jadem zerknął na Asmodeusa, który zmaterializował się obok ubawiony.

- Asmodeusz raz tylko tak go nawałem z przypadku. Ile jeszcze będziesz się z tego śmiał?

- Aż przestanie być zabawne. - Wzruszył ramionami.

On również wydawał się być w świetnym humorze, ale miał ku temu powody, o których Edward za żadne skarby nie mógł się dowiedzieć.
Kątem oka zerknął na Szatana, którego Lucyfer akurat szarpał z powrotem na nogi i oczywiście biały demon prędko to spojrzenie złapał. Widząc jego uśmiech Asmodeus znów zwątpił, znów poczuł się winny, ale przecież za późno już było, by się wycofać.
Naprawdę żałował tej rozmowy z Szatanem poprzedniej nocy, gdy wszyscy spali. Bił się o to w pierś, przynajmniej do czasu, gdy dłoni nie spuszczał na kieszeń w swoich spodniach, by wyczuć tam ostre krawędzie stalowego przedmiotu.
Tamtego dnia Asmodeusem targały skomplikowane uczucia.

Zresztą, z Edwardem było podobnie.

Lucyfer zauważył jak mocny był jego sen i zapytał się, czy miał może kolejną wizję. Edward zaprzeczył. Nie potrafił do końca wyjaśnić dlaczego. Ten konkretny sen zrodził w nim myśl, którą póki co wolał za wszelką cenę zachować dla siebie. Miał pewne przeczucia, obrzydliwe przeczucia, ale póki pozostawały wyłącznie przeczuciami, nie chciał nimi zarażać innych.

- Mam do ciebie pytanie o Ducha - powiedział do białego demona, podjeżdżając bliżej, by znaleźć się obok niego i Lucyfera.

Szatan nie zadał sobie nawet trudu dźwignięcia się do siadu.

- Pytaj - odparł z kroplą jadu, zerkając na niego zza rozczochranych kłębów włosów - może ci wiatr odpowie, nie trać nadziei.

- Dlaczego ja i on możemy kontrolować Szarańczę, ale Cade nie?

To zaciekawiło już białego demona i Edwarda czujnie wybadał wzrokiem.

- Żadne z was nie mogło jej z początku kontrolować. Nie powinno, przynajmniej. Tobie władzę nad nią przyznał Bóg - wyjaśnił, wyrażając się zaskakująco zrozumiale - a Duchowi przyznałem ją ja.

- W jaki sposób?

- Szarańcza to istota myśląca tak jak ja i jak ty, tyle że umysł jej rozbity jest na... - Uciekł wzrokiem, odchodząc gdzieś myślami i otrząsnął się, nim mógł stracić wątek. - Mniejsza. Wystarczyło jej go po prostu pokazać, rzec „jego słowo moim jest słowem" i on również zyskał nad nią władzę.

Strzelajmy W Szczury 3Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz