Rozdział 57

22 1 3
                                        

Każdy dzień był odrobinę gorszy. Ekscytacja przemieniała się w węzeł zaciskany w jego brzuchu za każdym razem, gdy otwierał oczy kolejnego, cudownego dnia. Zaczynali się o niego martwić. Gdy tylko Gabriel brał jego dłoń w swoją i tym łagodnym spojrzeniem przedzierał się przez jego strach pozornie aż do samego dna, Michał wzbraniał się jak zwierzę w sidłach. Coraz częściej musiał myśleć o oddychaniu. Inaczej z czasem energia zaczynała wrzeć w jego piersi i dostawał nudności.
A przez cały ten czas, podczas każdej jednej małej próby jego lojalności, Michał czuł to surowe, czujne spojrzenie na swoim karku.

Aż wreszcie upłynęła ostatnia godzina. Zebrani przed obszernym, okrągłym podium, aniołowie wyczekiwali przybycia Posłańca, który stąpić miał ze schodów Arawotu - Boskiego Tronu.
Michała nie było wśród nich. Stał na wzgórzu nieopodal, zza skrycia drzew mając doskonały widok na kotłujących się zebranych. W tamtej chwili ich skrzydła i twarze były tylko jedną mieszaniną kolorów w frustrująco bezkształtnej przestrzeni. Nie mógł oddychać. Trzymał w garściach dwa miecze jak barierki, stojąc na krańcu świata. Drzewo, o które się opierał chwiało się z boku na bok. Cały świat kołysał się wokół niego i kolejny skurcz w jego żołądku dawał mu wrażenie, jakby nagle stał się śmiertelny.
Wszystko było wirem kolorów, dźwięków, wszystko pachniało metalem, zimnym, surowym metalem i było mu duszno. A w tym wszystkim...

– Michał?

Gdy tylko usłyszał jego głos, poczuł się jak dziecko. Zarazem przestraszył się, gardło miał suche i ściśnięte, ale wyprostował plecy, spotykając jego spojrzenie.

– Ta... – przełknął – tak?

Helel milczał, wyłącznie oglądając go przez moment. Jego łagodne, młode rysy, teraz pełne zmarszczek.

– Udało ci się?

Helel wcale nie musiał o to pytać. Widział przecież miecze w jego rękach. Spytał, bo chciał usłyszeć jego głos. Helel nigdy nie był zbyt delikatny.
Michał kiwnął głową i podał Helel jego miecz. Cherub był postacią szanowaną, przytłaczającą nawet, a więc jego obecność zawsze była głośna. Michał natomiast był nikim, a więc nikt nie zwrócił na niego uwagi, gdy wykradł miecze ze świątyni.

Cherub przejął ostrze, ważąc je w dłoni.

– Dobrze – pochwalił krótko.

Zbliżył się następnie do krzewów pełnych kwiatów o długich, spiralnych płatkach w żółtym kolorze. Odsunął dłonią liście, by wyjrzeć na zebrany w dolinie tłum, wyczekujący Posłańca. Zastukał paznokciami o głowicę w kształcie słońca. Michał stanął zaraz przy nim, ostrożnie kładąc dłoń na jego kryształowych skrzydłach.

– Już niedługo – mruknął Helel w zamyśleniu.

Teraz było jeszcze gorzej. Michał czuł, jakby ktoś wbił pal prosto w jego brzuch. Wykrzywił usta, przebierając nogami.

– Pamiętasz, co robić?

Michał podniósł na niego spłoszony wzrok. Pamiętał. Tak, oczywiście, że pamiętał. Tyle razy to sobie powtarzał, ale... czemu teraz...
Wargi mu zadrżały. Nie mógł sobie przypomnieć.

Helel wypuścił cicho powietrze i wyciągnął dłoń, kładąc na jego głowie.

– Pilnujesz, by nikt nie wszedł na podium. Tylko tyle. Gdy będzie po wszystkim, zabiorę cię stąd – powiedział mocnym, surowym tonem.

Strzelajmy W Szczury 3Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz