Rozdział 60

53 1 20
                                        

Mimo wszystko, marsz przebiegał w swobodniejszej atmosferze z myślą, że nie podążają już za Szatanem. Znowu związany, biały demon szedł ze spuszczoną głową, cicho, raz na jakiś czas potykając się, na co Lucyfer przypadkiem uderzał go łokciem w szczękę. Cóż, przynajmniej za pierwszym razem było to dzieło przypadku. W beznadziejnych chwilach liczyły się drobne przyjemności.
Zaraz za Szatanem szła Cade, już spokojniejsza, bo prostowała się, brodę dumnie unosząc ponad czubek głowy władcy. Parek nie był związany, ponieważ nie był do końca głupi. Trzymał się grzecznie przy boku Cade, wiedząc dokładnie, że przy pierwszej okazji będzie mógł uciec i nikt nie pofatyguje się go złapać. A potem... potem może zakręci się w jakimś cieplejszym miejscu. Nici pozostały z jego marzeń o władzy, a więc skoro miał być tylko biesem, to przynajmniej będzie biesem w tropikach... albo w Grecji.

- Jest zła? - zapytał Edward.

Głupie pytanie. Edward łącznie znał Cade może kilka godzin, ale przez cały ten czas była albo zła, albo wściekła. Ostatnio jednak ciężko było mu rozmawiać z Asmodeusem o czymkolwiek innym.

- A jak sądzisz? Ona jest zła, on jest w furii... - Asmodeus umilknął, ale nie zamknął całkiem ust. Westchnął. - A ty jesteś zawiedziony.

- Po prostu uważam, że powinienem był o tym wiedzieć - wyrzucił. Słowa te wyrwały mu się mimowolnie. Wiedział, że Asmodeus wiele właśnie przechodził, ale on też miał swoją wytrzymałość.

- Musiałem być dyskretny - Asmodeus obronił się. - Szatan wyniuchałby, że coś jest nie tak... dosłownie.

Edward ścisnął usta w prostą linię. Miał wrażenie, że Asmodeus bardzo wybiórczo brał pod uwagę węch Szatana. Chociaż z drugiej strony, Asmodeus najlepiej znał limity tego ile i kiedy Szatan był w stanie wyczuć.

- Nie jestem zawiedziony - powiedział po krótkiej chwili. - Ale... dziwne mi z myślą, że przymilałeś się do niego. Nawet jeśli chciałeś go tym wprowadzić w pułapkę.

Asmodeus zerknął na niego kątem oka. Usta drgnęły mu, nadrywając kolejny suchy płat martwej skóry.

- To było dla Cade. Rozumiem - dodał Edward, oglądając go uważnie. - Tylko... Zresztą, nieważne. Nic nie mówiłem. Ufam ci.

Asmodeus wzdrygnął się, czując na plecach zimne ciarki zażenowania. Nie umknęło to uwadze Edwarda. Zresztą, Asmodeus chyba nawet nie próbował tego ukryć.

- Słuchaj... dopiszemy to do listy rzeczy, o których musimy pogadać w domu. Okej?

Asmodeus przełknął, próbując złapać sprzączkę od kurtki, która uparcie wymykała się z jego dłoni.

- Jest jeszcze coś - powiedział, szybko i niewyraźnie. - Tyle że... to może obrócić pozostałe tematy... w niwecz.

Edward omiótł go wzrokiem, z dołu do góry, zawieszając się chwilę na białych, z lekka drgających oczach.

- W sensie?

- Muszę coś ci powiedzieć. Znim dowiesz się od... - nie mógł się powstrzymać od zerknięcia w stronę Szatana - kogoś innego.

Edward znowu pozostał na tyle uważny, by złapać to zerknięcie. Po jego plecach przeszły podobne ciarki, ale ukrył to.

- ...Aha.

Edward rozejrzał się krótko i przyspieszył kroku, równając się z Lucyferem. Przechodząc koło Cade, włosy najeżyły mu się na karku na dźwięk znajomego kłapnięcia i lekki podmuch na skórze.

- Możemy się zatrzymać? - zapytał, usiłując zachować suchy ton mimo bólu walącego serca.

- Nie możecie z tym zaczekać? - Lucyfer mruknął, zerkając na niego z góry.

Strzelajmy W Szczury 3Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz