Białowłosa dwudziestoletnia kobieta szła ulicami Nowego Orleanu. Rozglądała się dookoła, ale nigdzie nie było nawet żywej duszy. Co było strasznie dziwne dla miasta, które praktycznie nigdy nie śpi. Wendy nie wiedziała co się dzieje. Zmierzała jednak do rezydencji Mikaelsonów. Miała nadzieję, że kogoś tam spotka. Weszła wolnym i dość niepewnym krokiem na dziedziniec.
- Klaus ! - krzyknęła licząc na jakikolwiek odzew. - Elijah ! Jest tu kto ?! - nadal żadnej odpowiedzi. Zaczęło ją to powoli przerażać. Była bardzo zdezorientowana. - Co tu się do cholery dzieje ? - zapytała samą siebie.
- Wendy.... - kiedy usłyszała ten głos gwałtownie się odwróciła.
- Sydka... - powiedziała ledwo. Podbiegła do niego i przytuliła bardzo mocno. Nie co dzień widzi się martwego brata.
- To twoja wina. - powiedział sucho.
- Co ? - odsunęła się od niego gwałtownie. - O czym ty mówisz ?
- To twoja wina. - wtedy wszystko mignęło. Na dosłownie sekundę zrobiło się kompletnie ciemno, a gdy jasność powróciła przed białowłosą kobietą stał zakrwawiony mężczyzna.
- Nie... - wychlipała widząc stan brata, który wyglądał dokładnie tak jak w dniu swojej śmierci.
- To twoja wina. - powtarzał. Zaraz za nią usłyszała również głos drugiego z braci. - To twoja wina. - tym razem odparli oboje.
- Nie... to nie prawda. - nie płakała jednak daleko od tego nie było. - Ja...
- To twoja wina. - pojawił się jej dziadek. Spojrzała na niego i nie wiedziała co się dzieje. Nie mogła nawet drgnąć ze strachu. - To twoja wina. - powtórzyli wszyscy.
- Nie ! - krzyknęła, choć nic się nie zmieniło i teraz cała trójka powtarzała to twoja wina.
- Zadowolona jesteś z siebie ? - zapytał głos, którego tak bardzo nienawidziła, który ją przerażał. - To wszystko twoja wina. Ty ich zabiłaś.
- Ciebie nie ma. To tylko sen. - próbowała przekonać samą siebie. Odwróciła wzrok. - To się nie dzieje naprawdę.
- Jesteś pewna ? - zapytał, a dziewczyna powróciła wzrokiem do mężczyzny. Wciągnęła gwałtownie powietrze kiedy zobaczyła rodzeństwo Mikaelson martwe poza Klausem, który klęczał, a za nim stał mężczyzna z jej koszmarów. - To twoja wina, że on zginie.
- Nie... proszę... - głos się jej załamał. - Błagam... zostaw go.... - łza pociekła po policzku jednak moment, w którym mężczyzna, którego ona tak bardzo kochała został przebity kołkiem z białego dębu, a jego skóra zaczęła szarzeć dziewczyna była przerażona. - Nieee!!!! - podbiegła do niego. Tym razem nogi same się jakby poruszały. Położyła sobie jego głowę na kolanach i głaskała po włosach. Był martwy, ale jego ciało się nie spaliło. Łzy ciurkiem ciekły po policzkach. Niespodziewanie oczy hybrydy się otworzyły, a ona na chwilę wstrzymała oddech.
- To twoja wina. - powiedział Klaus. - To twoja wina. - wszędzie dookoła byli martwi, których ona kochała,
- Widzisz. To wszystko jest twoja wina. - powiedział ten okropny facet. Morderca jej braci. - Myślałaś, że nigdy mnie już nie zobaczysz ? Musisz zacząć się przyzwyczajać słowiku. Tobie należy się tylko cierpienie.
- To twoja wina. To twoja wina ! - zaczęli krzyczeć wszyscy niby martwi - To twoja wina !! - i głośniej i głośniej. Wendy zakryła sobie uszy i zacisnęła powieki. - To twoja wina !!!
CZYTASZ
tylko ty
Romancedobre serce to jej nieodłączna część dbanie o rodzinę i przyjaciół nie danie się swojej przeszłości Wendy Millrace idzie przez życie mówiąc, że pisanie własnej historii to najlepsze dzieło naszego życia.
