5/6
Perspektywa Beatrice
W drzwiach stała moja matka trzymając za ramiona Freda i George'a. Struchlałam.
-Profesorze Dumbledore... - zaczęłam. Nie zdążyłam jednak nic więcej zrobić. Zaczął się pojedynek. Matka póściła bliźniaków i zawiesiła ich zaklęciem w powietrzu tak, że nie mogli się ruszyć. Dumbledore rzucił w nią zaklęcie, które jednak odbiła. Nie chcąc dostać rykoszetem wskoczyłam za jedną z kuchennych szafek. Gorączkowo myślałam co mogę zrobić, aż nagle wpadłam na oczywisty pomysł. W rękach przecież ciągle trzymałam pierścień! Czym prędzej nałożyłam go na palec i wyszeptałam.
-Reditum - chwilę później byłam już pod moją postacią maga. Wyjrzałam zza szafki. Dumbledore z moją matką wciąż się pojedynkowali. Dyrektor był jednak osłabiony, gdyż przecież długo musiał siedzieć w tej celi. Matka natomisat wyglądała jak by była w pełni sił. I prawdopodobnie była. Nie miałam nad czym więcej myśleć wyskoczyłam zza mebla i kierując rękę na kobietę, krzyknęłam.
-Petrificus Totalus! - wydawało mi się, że czas zwolnił. Matka spojrzała oszołomiona w moją stronę. Zaklęcie poszybowało prosto na nią. Spróbowała uskoczyć, ale nie zdążyła. W jednej chwili kobieta znieruchomiała i sztywna upadła na podłogę. Moment później zaklęcie więżące bliźniaków straciło moc, a oni spadli na ziemie. Lekko się uśmiechnęłam. Miałam ochotę podejść do nich i uściskać ich. Nie zdążyłam jednak nic zrobić, bo Dumbledore opierając się o szafkę powiedział.
-Musimy stąd iść, Beatrice. Przemień się szybko z powrotem.
Tak też zrobiłam i już po chwili całą czwórką przemierzaliśmy korytarze mojego domu. Jak najszybciej chcieliśmy opuścić to miejsce. Nikt, ani nic też nas nie zatrzymywało. Szybko znaleźliśmy się na zwenątrz, a stamtąd teleportowaliśmy prosto pod granuce Hogwartu. Tam nic nam już nie groziło. Razem z bliźniakami pomagałam więc iść Dumbledore'owi do zamku. Staruszek był już zbyt zmęczony i, mimo swojej potęgi i siły, nawet on mógł osłabnąć na tyle, że nie było mowy o samodzielnym chodzeniu. Dlatego też to mi oddał różdżkę i kazał w razie potrzeby się bronić. Mimo wolnego tępa udało nam się w końcu dotrzeć do środka zamku. Tam, prawie od razu zobaczył nas Snape. Na widok mnie prowadzącej dyrektora, razem z bliźniakami, pobladł z wściekłości.
-Panowie Weasley idźcie po pielęgniarkę - wycedził. Bliźniac nie protestowali tylko od razu ruszyli w tamtą stronę.
-Severusie - sapnął dyrektor siadając na jednej z pobliskich ławek.- Zawiadom Ministerstwo, że... - ale nie był już w stanie dokończyć, bo właśnie stracił przytomność. Nie musieliśmy jednak długo czekać na pielęgniarkę, która prawie natychmiast zjawiła się z noszami. Wzięła na nie dyrketora i zabrała do Skrzydła Szpitalnego. Chciałam już pójść, ale wtedy zatrzymał mnie czyjś surowy głos.
-Roosevelt - warknął Snape. Odwróciłam się na pięcie i spojrzałam na mężczyznę. Wyglądał upiornie. Mimo to, nie bałam się go. - Zapraszam do mojego gabinetu.
Skręciło mnie w żołądku. Byłam pewna, że czeka mnie szlaban i długi wykład. W końcu to właśnie Snape zakazał mi się w to mieszać. Westchnęłam i ruszyłam za mężczyzną do lochów. Tym razem dotarłam tam znacznie szybciej niż bym chciała. Snape wprowadził mnie do swojego gabinetu i zatrzasnął za nami drzwi. Potem kazał mi usiąść na krześle przed biurkiem, a sam zajął miejsce na przeciwko. Profesor chwilię mierzył mniw wzrokiem po czym lodowatym tonem powiedział.
-Nie posłuchałaś mnie, Roosevelt.
Popatrzyłam na niego odważnie, wzięłam głęboki oddech i wyjaśniłam.
-Nikt by nic nie zrobił. Musiałam zacząć działać.
-Mogłaś zostawić tą sprawę dorosłym, a nie narażać za równo siebie, dyrektora, jak i całą szkołę na niebezpieczeństwo!
-To nie była moja wina. Ja tylko chciałam...
-Nie obchodzi mnie co chciałaś, Roosevelt! - przerwał mi profesor. Przeszywał mnie mrożącym krew w żyłach spojrzeniem. Zapadła na chwilę cisza, a ja zaczęłam się nad czymś zastanawiać. Czy on na mnie właśnie krzyczał, bo naraziłam siebie na niebezpieczeństwo? Było to co najmniej dziwne. Moje przemyślwnia przerwał oschły głos Snape'a.
-Możesz iść, Roosevelt, a przez następny tydzień będziesz miała szlaban z Flichem.
Kiwnęłam głową po czm, szybko wstałam z krzesła, wyszłam z gabinetu i zaczęłam biec w stronę Wieży Gryfdindoru. Miałam zdecydowanie dość wrażeń jak na jeden dzień.
CZYTASZ
Fred, George i Ja
Fan-FictionCo by było gdyby do Freda i Georga dołączył ktoś jeszcze? A gdyby była to dziewczyna? Pochodząca z czystokrwistej, szlacheckiej rodziny. Rodziny, która nie akceptuje "zdrajców krwii" i "szlam". Ale gdyby ona miała inne zdanie od nich. Taka właśnie j...
