Painful reality. {4}

7K 363 203
                                        

Spojrzałem się na nią podejrzliwie. Zaczynały mnie niepokoić te jej ciągłe zmiany nastroju. Widać było, że coś się stało. Może i kiedyś, dawno, ale cały czas rzutuje na samopoczucie dziewczyny.

Oblizałem wargi i już chciałem się ją o to spytać, kiedy nagle podniosła się z biurka, na którym wcześniej przysiadła i zaczęła gorączkowo grzebać w torbie.

-Właśnie... - Zaczęła nieskładnie. - Przez tą twoją niezdarność zapomniałam po co tu przyszłam.

Pokazałem jej język.

-Wypraszam sobie. Po prostu wyglądasz tak, że niejeden by się przestraszył. - Zobaczyłem środkowy palec tuż przed moim nosem.

-Takim pierdoleniem nigdy nie ugrasz serca kobiety, Jones. - Mruknęła, podając mi jakieś papiery.

-Nigdy nie zamierzałem tego robić. Dobrze mi się żyje jako wieczny singiel, albo inaczej, "kurewska świnia bez serca". - Zacytowałem jedną z dziewczyn, której w dość niemiły sposób odmówiłem randki. Ale serio, był to już chyba z piętnasty raz, kiedy się mnie o to spytała, w tym trzeci tego samego dnia. Ale to wyrażenie zaskarbiło sobie moje serce, jak tego nie mogła zrobić ta dziewczyna.

Usłyszałem cichy śmiech Betty.

-No co? - Obruszyłem się.

-Nic. - Powiedziała cały czas z uśmiechem na twarzy. - Po prostu jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby ktoś tak dobrze się podsumował w czterech słowach.

Miałem jej już powoli dość.

-Strasznie zabawne. A ty jak byś się podsumowała, Betts? - Zbliżyłem się do niej o krok i zauważyłem, że od razu się zdenerwowała. Nienawidziła widocznie, kiedy coś działo się nie po jej myśli.

-Hmm... - Przygryzła lekko wargę, zastanawiając się i próbując chyba zignorować moją bliskość. Przez chwilę pomyślałem, że to ja mam ochotę zagryźć jej te usta, a potem ogarnąłem, o czym właściwie myślę. Ohyda. - Może... Skretyniała idiotka z problemami?

-No no no. Zaskoczyłaś mnie. - Powiedziałem, dotykając jej nosa, na co cała się spięła. - Myślałem, że pójdziesz w superlatywy, a nie w realizm. - Uderzyła mnie w ramię.

-No cóż. Uznałam, że i tak już przegrałeś, a ja nie lubię kopać leżących.

-Ale lubisz atakować ich znienacka z pięści? - Powiedziałem, ze zbolałą miną rozmasowując ramię. - Zdradzisz mi coś? - Zacząłem z innej beczki.

-Zależy co. - Zaczęła przyglądać się swoim paznokciom.

-Czy tylko mnie traktujesz tak, jakbym miał ciężką chorobę zakaźną, czy wszyscy tak cię obrzydzają? - Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie zadać tego pytania. Zobaczyłem, że dziewczyna strasznie się zmieszała.

-Nie wiem, o co ci chodzi. - Wybąknęła.

-Chodzi mi o to. - Podniosłem rękę i dotknąłem jej policzka. Jak przewidywałem, spięła się. Popatrzyłem jej w oczy, z całych sił nie próbując rozważać, jak cudownie miękka i gładka jest jej skóra.

-Jughead... - Szepnęła.

-Czekam na odpowiedź. - Powiedziałem cicho.

Podniosła rękę do policzka i byłem pewny, że chce strzepnąć moją dłoń, ale tylko położyła na niej swoją.

-Posłuchaj. Tu nie chodzi o ciebie. Ani o jakieś sympatie lub antypatie w stosunku do innych osób. Po prostu... - Westchnęła głęboko, a ja czułem mrowienie w miejscu, w którym mnie dotykała. - Nie przeniosłam się tu bez powodu. Mam problemy. Jak ci to już wcześniej powiedziałam. To jest jeden z nich. Nie lubię, kiedy ktoś, kogo nie znam, mnie dotyka. W ogóle nie lubię za bardzo dotyku innych ludzi. Chociaż szczerze mówiąc jesteś jedną z niewielu osób, na które nie reaguję bardzo źle. I nie wiem, czy powinnam się z tego cieszyć, czy raczej nie. - Spojrzała mi w oczy, a ja miałem tragiczną ochotę pocałować te jej różowe wargi. Wiedziałem jednak, że to będzie zły pomysł. Bardzo zły. Nie rozumiałem też, co się ze mną dzieje. Nigdy, dosłownie nigdy, nie czułem czegoś takiego w stosunku do żadnej dziewczyny. Fizycznego przyciągania. A znam ją dwa dni! Nie nie nie. Muszę się uspokoić. To jest kurwa niedopuszczalne. Nie zepsuję swojego wielkiego planu dla jakiejś blondyny z prześlicznymi oczami. Co to, to nie.

-Nie powinnaś się mnie obawiać. - Szepnąłem mimo wszystko. - Nie jestem typem osoby, która krzywdzi kobiety. A przynajmniej fizycznie, bo werbalnie złamałem serce już chyba każdej dziewczynie w tej szkole. - Uśmiechnąłem się krzywo i zabrałem rękę z jej policzka. Od razu zaczęło mi brakować jej ciepła.

-A to niby czemu? - Betty usadowiła się lepiej na biurku i podciągnęła nogi pod brodę.

-Po prostu niektóre kobiety nie rozumieją znaczenia słowa "nie". - Westchnąłem, opierając się o mebel. - Kiedy ktoś pyta się ciebie dosłownie piętnasty raz o randkę, a ty w końcu odpowiadasz chamsko, to jesteś debilem, bucem i świnią. Kiedy w końcu się godzisz i idziesz z dziewczyną do baru i przez cały czas tylko jesz i od czasu do czasu odpowiadasz na idiotyczne i płytkie pytania drugiej strony, a potem nie dzwonisz, wychodzi na to samo. Wszystkie te panny widzą we mnie tylko kasę i wygląd. - Sam nie wiedziałem, czemu jej to mówię. - Ja pierdolę, niektóre nawet nie wiedziały, jak mam na imię. - Wywróciłem oczami i usłyszałem cichy śmiech Betty. - No co?

-Wiesz, ile osób chciałoby znaleźć się na twoim miejscu?

-Oj, uwierz mi. To może brzmi śmiesznie i pewnie nie wiesz, na co tak naprawdę narzekam. Ale ja tego wszystkiego nie chcę. Nie chcę żadnych dziewczyn. Związków. Randek.

-To czego chcesz?

-Spokoju. Kurwa mać. Świętego spokoju. Żebym na każdym lunchu nie musiał odmawiać przynajmniej dwa razy jakimś zdesperowanym laskom.

-To znajdź sobie jedną. - Wzruszyła ramionami. - Wtedy inne dadzą ci spokój.

-Nie rozumiesz jednego. - Podniosłem się z biurka i stanąłem naprzeciwko niej. - Ja nie chcę mieć dziewczyny. Nie kręci mnie to. A nie chcę robić czegoś na siłę i na niby, bo to byłoby chujowe w stosunku do tej laski. Nie jestem aż takim skurwielem.

-Ty nie jesteś w ogóle skurwielem. - Dotknęła mojego czoła, odgarniając z niego moje czarne włosy i zakładając mi je za ucho. Mimowolnie zadrżałem. - Może czasem rzucisz jakimś chujowym tekstem albo zrobisz coś głupiego, ale w gruncie rzeczy jesteś dobrym człowiekiem.

-Skąd wiesz? - Zapytałem się głupio.

-Trochę znam się na ludziach. Zawiodłam się na nich nieraz, ale zwykle dość dobrze odczytywałam ich charaktery. - Nagle wskazała mi brodą papiery, które cały czas nieświadomie miętoliłem w rękach. - Słuchaj, muszę już lecieć. Zagadaliśmy się, a miałam przyjść tu tylko na chwilę. - Rzeczywiście, zrobiło się już ciemno. - To są moje artykuły z poprzedniej szkoły. Chciałeś je przeczytać. A teraz naprawdę muszę już iść. - Podniosła się i skierowała w stronę wyjścia. Zatrzymałem ją, łapiąc za łokieć.

-Poczekaj. Wracasz na pieszo?

-Taak.

-To zostań tu chwilę. Pozbieram wszystkie moje rzeczy i podwiozę cię do domu. - Nie wiem od kiedy zrobiłem się taki miły.

-Nie musisz... - Zaczęła, ale szybko jej przerwałem.

-Nie będziesz sama latała po mieście po zmroku. Dodatkowo w cieniutkim płaszczyku. Czułbym się źle, gdybyś zeszła na zapalenie płuc.

Dziewczyna podkręciła głową z uśmiechem.

-Skoro tak stawiasz sprawę, to chętnie skorzystam. Tym bardziej, że jesteś niezłym grzejnikiem w takie chłodne dni. - Puściła do mnie oczko, a ja zacząłem się pakować, uśmiechając jak kretyn.

Dark souls // BugheadOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz