The world with you gone. {23}

4.5K 238 141
                                        

Nic mi już nie zostało.

Siedziałem na podłodze, próbując doczyścić krew z kuchennych kafelków. Tak łatwo było je zabrudzić, a wyczyszczenie jest katorgą.

Usłyszałem znów dzwonek telefonu. Veronica. Dzwoni chyba już dwudziesty raz. Czemu nie rozumie, że jedyne, czego chcę, to żeby zostawiono mnie w spokoju?!

Puste naczynie, pęknięte na pięć części.

Od rana czuję się jak wyprany z uczuć. Nie zależy mi na niczym. Krok za krokiem wkraczam powoli na ocean rozpaczy. Wszystko mi ją przypomina.

Dzwonek do drzwi. Zamieram na chwilę. Histeryczne walenie w drewno.

-Jughead! Do jasnej cholery! Otwórz te jebane drzwi!

Wracam do szorowania kafelków.

Krew powoli kąpie na podłogę.

-Do kurwy nędzy! Forsythe Pendletonie Jonesie trzeci! Wyjdź tu do mnie, bo nie ręczę za siebie!

Zaczyna mnie boleć głowa od tego jej wrzasku. Kafelki są już prawie czyste.

-Jughead... - Jej ton zmienił się na błagalny. - Wiem, że mnie słyszysz. Zerwała z tobą. Zraniła cię. To boli, wiem, ale pozwól sobie pomóc! Jug, to nie koniec świata. Znajdziesz sobie kogoś innego. Lepszego. Juggie, błagam cię, otwórz te jebane drzwi! - Wrzasnęła na koniec i walnęła w nie z całej siły.

Wszystkie ślady mojego wczorajszego załamania zniknęły. Schowałem do szafki płyn dezynfekujący i wypłukałem ściereczki. Nie zwracając uwagi na dziewczynę za drzwiami, poszedłem do pokoju ojca i wyciągnąłem ze schowka jego paczkę papierosów, ukrytą na czarną godzinę.

Serce traci jakiekolwiek objawy człowieczeństwa.

Biorę zapalniczkę i odpalam jednego papierosa, chociaż zwykle odór dymu strasznie mnie brzydzi. Teraz jakoś mi to wszystko zobojętniało.

Zaciągam się szarym dymem. Czuję osobliwe pieczenie w płucach i powoli wydmuchuję ciemną chmurę. Kiedyś obiecywałem sobie, że nigdy nie zapalę. Teraz było mi wszystko jedno. Nikotyna oczyszczała mój umysł. Był tam tylko ból, ból, i ból. Już nic do ciebie nie czuję. Zacisnąłem mocno zęby i zaciągnąłem się drugi raz. Nie kocham cię. Nawet nie pamiętam, czy to było we śnie, czy naprawdę tak mi powiedziała. Nigdy cię nie kochałam. Zawsze po prostu mną gardziła. Pewnie z wierzchu okazywała współczucie i zrozumienie, a potem się ze mnie śmiała. Od samego początku mnie nienawidziła.

Straciłem wszystko.

Byłem naiwny. Naiwne było myślenie, że ktoś naprawdę może mnie pokochać. Że po tym całym horrorze życia może na mnie jeszcze czekać szczęście. Nie zasługuję na nie. Nigdy nie zasługiwałem.

Odpaliłem następnego papierosa. Nikotynowa chmura wokół mnie. I smutek. I wściekłość. Nienawidziłem jej. Bo dała mi nadzieję. Na miłość.

Pustych kartek nie zapełni tylko krzyk rozpaczy.

Muszę się stąd wyrwać. Z tego domu, gdzie wszystko mi o niej przypomina...

Może do Seattle? Pojadę odwiedzić ojca. Tak, to dobry plan.

Wyjąłem telefon i szybko wybrałem numer.

-Halo? Jug? - Głos ojca był zaspany. Zmarszczyłem brwi, bo była dopiero osiemnasta.

-Hej, tato. Jak tam budowa?

-Idzie dobrze, synu, możliwe, że skończymy za dwa miesiące i wtedy wrócę do domu na dłużej.

-Właśnie... Jeśli o tym mowa... Może bym do ciebie przyjechał? Na parę dni?

Dark souls // BugheadOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz