Residence full of darkness. {40}

4K 214 37
                                        

Kiedy stanęliśmy pod bramą do rezydencji Blossomów, nagle poczułem, że chętnie odłożyłbym tą rozmowę na później. Albo przynajmniej przeprowadził ją w innym miejscu. Maisonette należące do najbogatszej rodziny w Riverdale przerażało swoją ponurą fasadą i historią swoich mieszkańców.

-Czy to tylko ja, czy ty też masz dreszcze? - Wyszeptała Betty, przytulając się do mojego ramienia.

-Nie tylko ty. Wiesz, zawsze zastanawiałem się jak to się stało, że Penelope Blossom, córka najbogatszego i najbardziej wpływowego człowieka w tym mieście, wyszła za mąż za prostego budowlańca Freda Andrewsa.

-Miłość? - Betty wzruszyła ramionami. - Gdybym ja była nią, a ty panem Andrewsem, zrobiłabym tak samo.

-Ani chwilę nie zastanawiałabyś się nad swoim prestiżem? - Spytałem, za co zaraz dostałem sójkę w bok.

-A ty byś się zastanawiał?

-Gdyby chodziło o ciebie... Ani chwili. - Odrzekłem natychmiast.

-No widzisz. Jak jesteś taki ciekawy, to możesz zadać to pytanie pani Blossom, razem z tym o morderstwach.

-Dorzuciłbym też to, czemu jest takim cholernym homofobem i nie potrafi zaakceptować własnej córki. - Powiedziałem i zapukałem w ciężkie, dębowe drzwi. Zaraz wejdziemy w paszczę diabła.

•••

~Perspektywa Betty~

Otworzyła nam kobieta wyglądająca zupełnie inaczej, niż się spodziewałam. Chcąc nie chcąc, przez te parę dni wyrobiłam sobie o niej wystarczające zdanie, bazując na tym, co o niej słyszałam od Archiego, Cheryl i Juga. Tymczasem kobieta za drzwiami była po czterdziestce, ubrana w prosty podkoszulek i dresy, z rozwichrzonymi, krótkimi, rudymi włosami, w których co jakiś czas przewijało się pasemko siwizny. Nieumalowana. Odbiegała znacznie od mojego wyobrażenia nadętej, arystokratycznej suki. W białej sukni i czerwonych szpilkach. Przez chwilę myślałam, że albo pomyliliśmy domy, albo osoby. Wtedy jednak Penelope się odezwała.

-Czemu zawdzięczam wizytę młodego Jonesa i jego dziewczyny? - Nawet się nie zdziwiłam, że nazwała mnie dziewczyną Jugheada. Tak w sumie było.

-Jestem Betty Cooper. - Wyciągnęłam rękę i podałam ją kobiecie. Ta spojrzała na mnie bystro.

-Cooper, tak? No cóż... Jaki ojciec, taki syn. Mam tylko nadzieję, że wasza historia nie skończy się podobnie...

-Nie mamy tego w planach. - Powiedział ostro Jughead. - Przyszliśmy do pani, pani Blossom, żeby spytać się o pewną sprawę sprzed lat.

-Ah tak? No dobrze, w takim razie wchodźcie. I tak nie mam dzisiaj nic lepszego do roboty...

Nagle ta kobieta wydała mi się strasznie samotna. Samotna i zagubiona w tym wielkim, ponurym domu przesiąkniętym wspomnieniami. Poprowadziła nas przez ogromny hall do przestronnego salonu, którego okna wychodziły na...

-Cmentarz. - Uśmiechnęła się gorzko Penelope, widząc nasze spojrzenia. - Paradoksalnie, to miejsce było zawsze ulubionym żywych w tej trumnie. Mogli przez okno pilnować, czy trupy nie wychodzą z grobów... - Zaśmiała się sucho. - W tamtym miejscu jest cała moja rodzina. A przynajmniej ta część, od której się nie odwróciłam. Zapewne też tam kiedyś wyląduję, o ile Cheryl nie zatańczy na moich zwłokach i nie wbije mi głowy na pal. - Spojrzała na nas i powiedziała. - A gdzie podziała się moja gościnność! Kawy, herbaty, czegoś mocniejszego? - Uśmiechnęła się lekko. - Nie powiem ojcu. - Spojrzała na Jugheada.

Dark souls // BugheadOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz