The darkest fear. {35}

4.7K 231 84
                                        

Znów jestem strasznie głodny. Wydaje mi się, że w moim brzuchu mieszka pyton, który zaraz rozsadzi mnie od środka. Albo mnie pożre. Kawałek po kawałku.

Drzwi były zamknięte i wydało mi się to strasznie dziwne. Przecież powinny być uchylone... Zawsze wcześniej tak było. Sam nie wiedziałem, skąd to wiem. Chciałem tylko wziąć paczkę krakersów, więc pociągnąłem za klamkę i wszedłem do środka. I zaraz potem zacząłem krzyczeć. Bo zamiast leśniczego, którego w jakiś dziwny sposób się  spodziewałem, zobaczyłem na podłodze Betty. Z nożem w gardle.

••

Obudził mnie krzyk. A tak przynajmniej mi się wydawało. Przez chwilę zastanawiałem się, kto na Boga o tej porze piłuje mordę, aż uświadomiłem sobie, że to ja. Wtedy natychmiast przestałem.

-Jug! Juggie! Co się dzieje? - Poczułem dłonie Betty na swojej twarzy i przypomniałem sobie swój sen. Zadrżałem na jego wspomnienie i mocno przytuliłem do siebie dziewczynę. Jest tu ze mną. Nic jej nie jest. Wcale nie leży w kuchni leśniczego z nożem wbitym w tchawicę...

-Jug. Co się stało? Co ci się śniło?
- Dobiegł mnie jej delikatny głos.

-Koszmar. Nie mam najspokojniejszego snu. - Wymamrotałem, starając się wymazać obraz dziewczyny na podłodze z głowy.

-Juggie, przecież spałam z tobą parę razy i nigdy się tak nie zachowywałeś. Nawet po tym koszmarze z leśniczym. Nigdy nie krzyczałeś. Powiesz mi, co ci się śniło?

-Betts... - Pokręciłem głową. - Uwierz mi, to był mój najgorszy jak dotychczas koszmar. A miałem ich wiele. Ale nigdy... Nigdy nie śniła mi się śmierć osoby, którą kocham. - Betty zesztywniała mi w ramionach.

-Jak... Jak to?

Opowiedziałem jej pokrótce ten sen. - No i to jest jakieś odstępstwo od stałego schematu tego koszmaru. Boję się, że on coś znaczy. Że coś ci się może stać... Nie powinniśmy tam iść, Betts. Do tej leśniczówki.

-Jug. - Podniosła się i usiadła mi na klatce piersiowej. - Nie możesz się kierować takimi rzeczami. Jakimiś głupimi snami. Musisz stawić czoła swoim lękom. Przeszłości, która cię prześladuje. Tylko w ten sposób zdołasz się od niej uwolnić.

-Masz rację, kochanie. - Westchnąłem ciężko. - Pójdę tam jutro po szkole. Ale sam. Nie... Nie chcę, żebyś się tam znalazła.

-Nie ma mowy, Juggie. - Zaprzeczyła stanowczo. - Jedziemy razem. Sny to nie jest jakiś zły omen. To projekcje wysyłane przez nasz mózg, przemieszane i wyświetlane w dziwny, niezrozumiały sposób. Więc nie możemy się nimi kierować. Okej, kochanie? - Oparła swoją brodę na mojej i patrzyła mi się poważnie w oczy. Po chwili mruknąłem potwierdzajaco. - No to chodźmy jeszcze spać, Jug. Już świta, ale jeszcze trochę się zdrzemnijmy.

•••

Patrzyłem się na budynek przede mną i poczułem, że zaczynają trząść mi się dłonie. Nic się tu nie zmieniło od dziesięciu lat oprócz śladów upływającego czasu. Taśma policyjna, która była przewieszona na drzwiach, dawno została zerwana i walała się po werandzie. Ogródek był zarośnięty chwastami, a ścieżka wydeptana chyba przez nastolatki albo bezdomnych, którzy znaleźli sobie na jakiś czas melinę.

Betty złapała mnie za rękę i popchnęła drzwi. Nie chciały ustąpić. Potraktowałem je trochę mocniej i otworzyły się z przeciągłym skrzypieniem. Wziąłem głęboki oddech i wkroczyliśmy w mój najgorszy koszmar.

•••

-Czemu nikt nic nie zrobił z tymi rzeczami? Nie rozkradł ich albo sprzedał? - Rozglądaliśmy się po ciemnym wnętrzu. Okna były pozabijane deskami, więc nie wpuszczały światła. Zapaliliśmy więc przygotowane wcześniej latarki i oświetliliśmy ponury pokój.

-Wśród miejscowych krąży legenda, że te rzeczy są przeklęte. Był o tym nawet artykuł w gazecie. - Powiedziałem, patrząc na prawie kompletne umeblowanie kuchenne. Ten stół. Zacisnąłem pięści, bo przypomniałem sobie swoje przerażenie, kiedy się pod nim chowałem, słysząc te kroki.

-Aj! - Wyrwałem się ze wspomnień, kiedy stojąca obok mnie Betty krzyknęła i wskoczyła mi na barana.

-Co się dzieje, Betts?! - Przestraszyłem się.

-Szczur! Ja... Pier... Dolę.... Szczur, kurwa! - Czułem jak dygota.

-Kochanie, kiedy idziesz do opuszczonego domu nie możesz bać się takich rzeczy! A może mi jeszcze powiesz, że obrzydzają cię pająki?

-Pa... Pająki? - Wyjąkała i poczułem, jak zaciska mi ręce na ramionach jeszcze mocniej.

-Pająki. - Potwierdziłem spokojnie, pokazując na pajęczynę z wiadomym lokatorem rozciągniętą nad wejściem do łazienki.

-Jughead! Ja stąd nie zejdę.

-No dobra, kochanie. - Westchnąłem i złapałem ją za kolana. - Tylko musisz mi świecić latarką. - Snop światła oświetlił szafki kuchenne.

-Przypomniało ci się coś, Juggie? - Szepnęła mi do ucha.

-Nie. - Oblizałem suche wargi i przymknąłem powieki. Czerwone szpilki... Rąbek białej, koronkowej sukienki... Strach. Głód. Nóż... Błysnęła stal. Podśpiewywała sobie. Miała ładny, czysty głos. Wcale jej nie drżał. Kobieta, która nie czuła wyrzutów sumienia... Szczupła. Przypomniałem sobie tył jej sylwetki. Długie, rude włosy. Can't stop me now... I leśniczy na podłodze. Z rozpłatanym brzuchem. Podciętym gardłem. Te ciosy były zadawane z prawdziwą furią. Zabrudziłaby jej się ta sukienka. Byłaby cała czerwona, jeśli to ona to zrobiła.

-Ona tylko po tym sprzątała. - Wyszeptałem, otwierając oczy. - Ta kobieta z rudymi wlosami. Nie mogła zabić, bo nie byłaby taka spokojna. I byłaby cała we krwi. Nie wyszłaby na zewnątrz i nie wróciłaby. Zabił ktoś inny.

-Prawdę mówiąc, Jug, kiedy wczoraj powiedziałeś mi o tej białej sukience, tak sobie pomyślałam, że nie widziałeś sprawcy, tylko kogoś w rodzaju sprzątaczki. Ta kobieta miała wyczyścić odciski palców i sprawdzić, czy nie zostało tu nic obciążającego. Po ilu dniach od jego śmierci znaleziono ciało?

-Trzy dni. Znalazła go aktywistka Greenpeace, która zwiedzała okoliczne lasy i była oburzona kłusownictwem miejscowych. Nie zaglądał tam nikt inny.

-Dobra, Juggie, skoro tu jesteśmy, to trochę pozwiedzajmy. - Betty poprawiła mi się na plecach.

-O nie nie nie, Betts. Jeśli mamy to zrobić, to ja już bez dodatkowego balastu na plecach.

-Nazywasz mnie balastem? A chcesz, żebyśmy się pogniewali? - Pogroziła mi palcem, ale zsunęła się ze mnie. - Tylko pamiętaj, że jeśli zobaczę jakiegokolwiek szczura albo pająka, to znów będziesz moim wierzchowcem.

-Rozumiem, panno Cooper. - Pochyliłem się i złożyłem ironiczny dworski ukłon.

-I tak mogłoby być częściej, kochanie. - Betty wspięła się na palce i pocałowała mnie w policzek. - Chodź na górę.

Weszliśmy na piętro po chybotliwych, drewnianych schodach. Na ścianach wisiały zakurzone trofea myśliwskie.

-Niezły z niego leśniczy. - Mruknęła Betty. - Raczej kłusownik.

-Nazewnictwo, skarbie. Wiesz, że to właśnie przez jedną z tych głów powstało przeświadczenie o klątwie?

-Jak to? - Betty złapała mnie za rękę.

-Parę miesięcy po tych wszystkich zdarzeniach włamał się tu pewien amator myślistwa, który wiedział o kolekcji Owensa.
Zabrał najokazalsze trofeum i uciekł. Potem wszystko zaczęło się źle układać. Jedno z jego dzieci zachorowało, żona zaczęła go zdradzać, a on sam przegrał w pokera dużą sumę i miał kraksę samochodową. Ubzdurał sobie, że to wszystko przez wypchaną głowę jelenia i zwrócił ją tam, gdzie była. Podobno od tego czasu wszystko wróciło do normy.

-Czyli przez rogi jelenia żona przyprawiła mu jego własne. - Podsumowała Betty, a ja wybuchnąłem śmiechem. Ciemne wnętrze opuszczonego domu przestało być już takie przerażające.

Dark souls // BugheadOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz