The worst nightmare... {52}

2.9K 196 125
                                        

~Taki mały disclaimer. W tym rozdziale jest sporo przemocy i dość... Drastycznych scen? No nie wiem, dla mnie nie są jakieś bardzo mocne, ale może ktoś jest wrażliwszy ode mnie. Jakby co, ostrzegałam. ;)~

Wpadłam do domu, nie zastanawiając się nad niczym. Nad własnym bezpieczeństwem, nad tym, że obiecałam Jugowi, że zaczekam, nad tym, że właśnie wchodzę w paszczę lwa.

-Mamo! - Krzyknęłam, rozglądając się nieprzytomnie po kuchni. To, co zobaczyłam, doprowadziło mnie na skraj szaleństwa. - MAMO!!!

Leżała w kącie, przy blacie. Z jej otwartych ust ciekła krew, ale... Ale... Miała rozpłatane gardło. Wokół niej utworzyła się wielka kałuża krwi.

-NIEEE!!! - Podbiegłam do niej i próbowałam coś zrobić. Zatamować krew... Cokolwiek. Nie myślałam jasno. - Mamo, nie, błagam cię, nie.... - Zaniosłam się histerycznym płaczem. Mama zatrzepotała powiekami i wyszeptała, używając ostatnich sił:

-Betty, pamiętaj, że cię kocham. Kocham cię. Twój brat... Twój brat nazywa się Charles... Charles Smith. Obiecaj mi, że... Że go znajdziesz i... Przeprosisz. W moim... Imieniu.

-Mamo, nie! Sama to zrobisz... Sama go przeprosisz... - Wykrztusiłam przez łzy i wtedy zorientowałam się, że muszę wezwać karetkę. - Mamo, trzymaj się, nie poddawaj się, zaraz będzie pomoc...

-Nie... Nie, Betty... Uciekaj... Uciekaj... On... On tu gdzieś cały czas jest...

-Nie opuszczę cię, mamo! Nie... - Wyjęłam telefon i wykręciłam numer alarmowy.

-Linia ratunkowa, czym mogę służyć? - Odezwał się zimny głos, zupełnie nielicujący z moimi emocjami.

-Moja mama została zaatakowana! Ma rozcięte gardło! Musicie kogoś wezwać! - Szybko wyrzucałam z siebie informacje, podając w międzyczasie adres. Każda sekunda była cenna.

-Już wysyłamy ambulans. Proszę cierpliwie czekać. - Rozłączyłam się, nie chcąc już jej słuchać. Wydawało mi się, że odkąd tu weszłam, minęło pół godziny, a było to tylko pięć minut. Tak bardzo chciałam, żeby był ze mną Jughead...

-Mamo... Dasz radę. Dasz radę. Dasz radę. - Powtarzałam jak mantrę, kiwając się wprzód i w tył. Nie. Nie mogła umrzeć. Nie mogła. Nie mogła...

-Ko... Kochanie... Uciekaj stąd. Uciekaj! Kocham cię. - Zobaczyłam, że jej powieki zatrzepotały i opadły. Z paniką dotknęłam jej nadgarstka, ale nie wyczułam pulsu. Jej oddech również był niewyczuwalny.

-Nie! Nie. NIE!!! MAMO, NIE MOŻESZ MI TEGO ZROBIĆ!!! NIE... - Uwiesiłam się na jej szyi, nie przejmując się krwią, nie przejmując się niczym. - Nie... Mamo! Nie... - Wpadłam w histerię. Jednak to nie był koniec.

-Oh, a co my tu mamy? Elizabeth, pragniesz dołączyć do swojej matki w piekle? - Odwróciłam się gwałtownie. Stał za mną, z zakrwawionym nożem i obłędem w oczach. Wtedy uświadomiłam sobie, że on nie jest normalny. Nigdy taki nie był. Zawsze był przesiąknięty złem do szpiku kości.

-Ty... Ty... - Zapowietrzyłam się. Nie mogłam znaleźć słów opisujących tego gada. Tego obmierzłego potwora. Tego...

-Tak, ja. - Odpowiedział lekceważąco, przenosząc wzrok ze mnie na ostrze noża. - Jak widzę, Alice już dokonała żywota. Ale bardzo dobrze, że jesteś tu również ty. Upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu. - Uśmiechnął się paskudnie, a ja dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, w jak niebezpiecznym położeniu się znalazłam. Naprzeciwko mnie stał morderca mojej matki z nożem w ręku. Mój najgorszy koszmar właśnie się spełniał.

-Czemu? - Wyszeptałam, połykając łzy strachu i rozpaczy. - Czemu to robisz? Czemu mi? Czemu mamie?

-Oh, Elizabeth. A myślałem, że jesteś już dużą dziewczynką. Masz takiego ojca, a jesteś taka głupia. Zupełnie jak matka... Nie zdziwiłbym się, gdybyś w ogóle nie była moja. Ta kurwa puszczała się na prawo i lewo... - Splunął na podłogę. - Cieszę się, że już się jej pozbyłem. A czemu to robię, zapytałaś... - Dotknął brody, udając zamyślenie. Pomyślałam sobie, że powinnam się ruszyć. Uciec od niego, wybiec, wezwać pomoc, cokolwiek. Zrobiłam mały krok w stronę drzwi, ale natychmiast poczułam zimne ostrze noża na swojej szyi. - A ty gdzie się wybierasz, moja panno? - Wysyczał, patrząc mi w oczy. - Do tego swojego Jonesa? Zobacz, nie ma go tu! Nie uratuje cię! - Wyrzucił ramiona w powietrze, a ja poczułam ciepłą krew cieknącą z małego nacięcia, które zostawił na mojej szyi. - Nikt cię nie uratuje! Jesteś taką samą dziwką, jak twoja matka. Dajesz się dymać Jonesowi. Tylko temu młodemu, czy stary też sobie trochę poużywał? - Nie myśląc wiele, wymierzyłam mu siarczysty policzek. Z głowy w tamtej chwili uleciał mi strach i pamięć o beznadziejnym położeniu. Nie pomyślałam nawet o konsekwencjach tego, co zrobiłam.

Ojciec ode mnie odskoczył, jakby nie był przyzwyczajony do fizycznych ciosów, ale potem zaczął wymachiwać nożem.

-Sama tego chciałaś, ty kurwo! Sama tego chciałaś! - Był coraz bliżej. Wiedziałam, że nie mam szans, zamknęłam więc oczy i przywołałam obraz Juga. Jug, kocham cię. Chciałam, żeby to były ostatnie słowa, które wypowiem. Otworzyłam usta i wtedy usłyszałam dziki krzyk.

-NIEEE!!! - Otworzyłam oczy i zobaczyłam przed sobą plecy Jugheada. Stał pomiędzy mną, a ojcem. Nieuzbrojony.

-Myślisz, że mnie powstrzymasz, skurwielu?! - Ponad ramieniem chłopaka zobaczyłam jego wyszczerzone zęby. - Po prostu powiększysz grono moich dzisiejszych ofiar! - Zadał pierwszy cios, przed którym Jughead się uchylił, ale nie zdołał tego zrobić przed drugim. Wbił mu nóż prosto w brzuch.

-NIEEE!!! - Z moich ust wydobyło się coś na kształt ryku rannego zwierzęcia. Patrzyłam oniemiała, jak chłopak, którego kocham, miłość mojego życia, osuwa się na podłogę. Straciłam już mamę, ale widok Jugheada w takim stanie przypominał największe piekło. - TY!!! - Nie myśląc wiele, rzuciłam się na ojca z gołymi rękami. Był trochę zdezorientowany, bo jego broń została w brzuchu chłopaka i nie spodziewał się ataku z mojej strony. Ale mnie ogarnęła furia. Najprawdziwsza, ociekająca pragnieniem zemsty furia. Nie zważałam na to, że nie mam z nim szans. Zacisnęłam ręce na jego szyi, popychając go na kuchenny blat. Zerknęłam na widelec, leżący nieopodal i niewiele myśląc, wbiłam mu go w szyję. Zrobiłam to z taką siłą, że zagłębił się po końce zębów, a moja ofiara zawyła konwulsyjnie. Nie skończyłam jednak i wyszarpnęłam z niego sztuciec, a następnie wbiłam mu go w oko. Wrzask, który spowodowałam, był nie do opisania. Dopiero wtedy poczułam, jak mnie z siebie zrzuca. Przeleciałam przez blat i znalazłam się w pobliżu stojaka z nożami. Uznałam to za szyderczy uśmiech losu. Po chwili usłyszałam kolejny nieludzki krzyk, kiedy narzędzie zagłębiło się w pobliżu jego serca. Zadrżał konwulsyjnie, a potem znieruchomiał.

Stałam bez ruchu, uświadamiając sobie, że właśnie zabiłam człowieka. Najgorsze było to, że nie czułam żadnych wyrzutów sumienia. Dopiero cichy głos, dochodzący zza blatu, przywrócił mnie do rzeczywistości.

-Betty... - Szybko do niego podbiegłam, bojąc się tego, co mogę zobaczyć. Leżał bokiem, a z ust płynęła mu krew. Uklęknęłam obok niego, znów zalewając się łzami. Gdzie jest ten cholerny ambulans?! Miał być już dawno.

-Jug... Jug... - Powiedziałam, przełykając łzy i biorąc jego głowę na kolana. - Jug... Musisz wytrzymać, błagam... - Pocałowałam go nieprzytomnie. - Zaraz będzie pomoc... Dasz radę, kochanie... - Czułam, że się powtarzam. Już dzisiaj raz tak mówiłam. Nie może skończyć się tak samo... Nie może... Nie mogę stracić dwóch najważniejszych osób w moim życiu.

-Betty... - Wyszeptał, patrząc mi w oczy. - Betts. - Uśmiechnął się lekko i starł mi z policzka łzy. - Kocham cię. Pamiętaj o tym. Kocham cię.

-Błagam, nie mów tak, nie, ja też cię kocham, ale to nie jest pożegnanie, nie, nie, nie... - Traciłam nad sobą resztki panowania. Zachłystywałam się powietrzem i patrzyłam, jak chłopak przymyka oczy.

-Po... Pocałuj mnie, proszę. - Spełniłam w milczeniu tę prośbę. Kiedy otworzyłam oczy, napotkałam jego wzrok. - Jesteś najlepszym, co mi się przydarzyło. Pamiętaj o tym, kochanie. Pamiętaj... - Zamknął oczy, a ja usłyszałam z daleka wycie syren. Ale było już za późno.

Dark souls // BugheadOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz