Chapter 25

5.8K 251 16
                                        

Larysa's P.O.V.

Razem z Harrym ustaliliśmy, że po świętach weźmiemy dzień wolnego, żebym mogła się do niego spokojnie przeprowadzić, w czym brunet miał mi pomóc. Zabraliśmy się za to z samego rana. Wcześniej przygotowałam sobie walizki i pudła. Co prawda ubrań nie miałam dużo, ale zawsze znalazły się jakieś drobiazgi.

Właśnie spakowałam moją kosmetyczkę, a potem wróciłam do sypialni, gdzie Harry składał moje ubrania.

- Chyba wyślę Jeffa do ciebie na lekcje składania ubrań – powiedziałam, mając w głowie obraz porozwalanych ciuchów w szafie brata.

- Przekierowałbym go do mojej mamy. Od małego zmuszała mnie do samodzielnego porządkowania w szafie – odparł ze śmiechem.

- Wstyd przyznać, ale robisz to lepiej ode mnie – mruknęłam, obrzucając krytycznym wzrokiem zieloną bluzkę, którą starałam się złożyć.

- To kwestia wprawy.

Zielonooki usiadł obok mnie na łóżku – do tej pory kręcił się po pokoju, wyjmując z półek ubrania – i przejął materiał. Sprawnym ruchem go złożył.

- Poddaję się. – Rzuciłam się plecami na materac.

Harry położył się obok, obejmując mnie ramieniem.

- Masz rację, pakowanie może poczekać.

***

Chłopak otworzył drzwi, przepuszczając mnie pierwszą.

- Witam w domu.

Mimo że już znałam salon, kuchnię, a nawet sypialnię bruneta – teraz również moją – patrzyłam na to inaczej, wiedząc, że to ma być nasze wspólne miejsce.

- Mam dla ciebie niespodziankę.

Harry odstawił moje walizki i pociągnął mnie za rękę w nieznanym mi kierunku. Minęliśmy sypialnię, a moim oczom ukazały się białe drzwi, które wyglądały, jakby ktoś opryskał je kolorową farbą. Zachęcona przez uśmiechniętego Harry'ego, nacisnęłam klamkę.

Weszłam do sporego pomieszczenia z balkonem. Ściany pomalowano na błękit, a na nich wisiały obrazki w czarnych ramkach, które przedstawiały szkice lub obrazy. Po prawej stronie od drzwi pod ścianą stała nieduża beżowa kanapa. Obok ustawiona była szafka z szufladami wypełnionymi przyborami do malowania. Były tam pędzle, farby, kredki, ołówki, pastele, węgiel rysunkowy, bloki z kartkami i wiele innych – wszystko najlepszej jakości. Każda szuflada była podpisana, dlatego bez szukania wiedziałam, w którym miejscu znajdę upragnioną rzecz. Pod przeciwną ścianą było biurko z lampką, zapewniającą dobre oświetlenie. Przy blacie znajdował się czarny, zapewne bardzo wygodny fotel. Po lewej stronie od drzwi ustawione były płótna i sztalugi. Na środku pomieszczenia leżał puchaty niebieski dywan.

- Harry, co to jest? – spytałam oniemiała, wpatrując się w duże okno, dające sporo światła.

- Pomyślałem, że skoro ja mam własny gabinet, to ty możesz mieć swoją pracownię – odpowiedział z uśmiechem.

- To musiało dużo kosztować. – Przeniosłam wzrok na niego. – Nie musiałeś wydawać na mnie tyle pieniędzy.

- Uznaj to za prezent powitalny.

Przez chwilę toczyliśmy walkę na spojrzenia. W końcu westchnęłam pokonana.

- Dziękuję. – Objęłam zielonookiego w pasie, wtulając się w jego tors.

Pocałował mnie w czubek głowy, oddając uścisk. Słysząc bicie jego serca, pomyślałam, że właśnie tak powinno być.

Brunet oznajmił, że najpierw ułożymy moje rzeczy w garderobie, a potem zrobimy obiad.

Wchodząc do wspomnianego pomieszczenia odebrało mi mowę. Na wieszakach było multum koszul, marynarek, krawatów, a na półkach leżały zwykłe T-shirty, swetry, spodnie. Na specjalnym miejscu ustawione były buty. Druga połowa pomieszczenia była pusta, zapewne przeznaczona dla mnie.

Zabraliśmy się za rozpakowywanie walizek. Kiedy skończyliśmy, nie zajęły one nawet połowy miejsca w garderobie.

- Musimy ci kupić więcej ubrań.

- Nie widzę takiej potrzeby – odparowałam, chowając torby w odpowiednim miejscu.

Zielonooki westchnął tylko, nie komentując mojej postawy. Razem przeszliśmy do kuchni. Było już południe, a my byliśmy zmęczeni, więc postawiliśmy na spaghetti. Wstawiłam makaron na gaz i rozłożyliśmy się na kanapie w salonie. Chwilę później rozdzwonił się mój telefon, co spotkało się z moim niezadowolonym jękiem.

- Czy rozmawiam z Larysą Styles? – usłyszałam wesoły głos przyjaciółki.

- Skylar, daj spokój. – Zaśmiałam się, przykładając dłoń do czoła. – Nie uruchamiaj wyobraźni.

- Hej, to całkiem nieźle brzmi! I mam nadzieję, że będę druhną na ślubie i chrzestną małego Stylesa.

- My nie planujemy ślubu – zaoponowałam. Szybko zatkałam usta ręką, uświadamiając sobie, że powiedziałam to na głos, a obok siedział Harry. Chłopak zaśmiał się cicho pod nosem. Spojrzał na mnie, unosząc brew.

- Jeszcze – poprawiła. – Myślę...

- Lepiej tyle nie myśl – przerwałam jej i mogłam się założyć, że zacisnęła usta.

- Myślę – kontynuowała – że powinniśmy się wybrać na podwójną randkę.

- Proszę, nie nazywaj tego tak – marudziłam.

- Ale zrzęda – przedrzeźniała mnie. – Ostatecznie może być nas więcej.

- Okej, jeszcze się zgadamy, pracusiu.

- Ciesz się wolnym, póki możesz, bo jutro razem pracujemy – odparowała. – Na razie.

Odłożyłam urządzenie, a zaraz dał znać o sobie minutnik oznajmujący, że makaron gotowy.

- Nie ma chwili spokoju – burknęłam, podnosząc się z wygodnego miejsca.

- Zostań, ja pójdę. – Harry zatrzymał moje ruchy, kładąc dłoń na moim kolanie.

Odwdzięczyłam się uśmiechem. Zielonooki pocałował mnie przelotnie i zniknął w kuchni. Rozłożyłam się ponownie na meblu, ciesząc się chwilą wytchnienia.

***

Harry's P.O.V.

Nie mogłem doczekać się dnia, kiedy Lara się do mnie wprowadzi. Niespodzianka z jej pracownią się udała, z czego byłem bardzo zadowolony. Miałem nadzieję, że będzie z niej korzystać, bo bardzo chciałem zobaczyć jej obrazy.

Leżałem już w łóżku, czekając na moją dziewczynę. Chwilę potem Wild pojawiła się w sypialni. Ubrana była w krótkie dresowe spodenki i za dużą koszulkę, w czym wyglądała naprawdę uroczo. Położyła się obok, przykrywając się kołdrą. Przyjąłem taką samą pozycję jak ona, dlatego wtedy wpatrywaliśmy się w siebie. Uśmiechnąłem się pod nosem.

- Czemu tak na mnie patrzysz? – zapytała.

- Bardzo się cieszę, że jesteś teraz obok – odparłem, obejmując ją ramieniem.

- A ja się cieszę, że mogę być teraz obok – odparowała, uśmiechając się lekko.

Widząc zamykające się powieki szatynki, zgasiłem lampkę nocną. Położyłem się na plecach, a Larysa wtuliła się w mój bok, kładąc głowę na moim torsie.

- Dobranoc, Harry – powiedziała sennym głosem.

- Dobranoc, kochanie.

Pocałowałem ją w czoło z myślą, że to niesamowite uczucie, zasypiać z osobą, na której ci zależy.

Zakochany w kelnerceOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz