Położyłam się na łóżku, całkowicie zrezygnowana.
–No dalej, Nancy! - ponagliła mnie Narcyza, z szaleństwem w oczach. - Za trzy godziny jest bal, musisz się nam wreszcie pokazać!
–Ale ja nie chcę - naburmuszyłam się jak pięcioletnie dziecko, ale wiedziałam, że ma rację. W mgnieniu oka trzy dni do balu zamieniły się w trzy godziny do balu, a ja nadal nie zdradziłam im z kim idę oraz w czym idę. Nie po to zgodziłam się na ten plan, by teraz siedzieć w dormitorium, jak ostatnia ofiara. Miałam swoją godność.
Po namowach, długich skowytach oraz serii nieokreślonych słów, których wam oszczędzę, wyciągnęłam pudełko, zasunęłam zasłony i zaczęłam się ubierać.
Cóż, oczko w rajstopach pojawiło się samoistnie, więc spróbowałam je naprawić. O dziwo udało się już za piątym razem. Włożyłam je, dotknęłam materiału sukienki i nasunęłam ją na siebie. Była przyjemna w dotyku. Poprawiłam materiał tu i tam. Dobrze, to ta chwila. Muszę pokazać się swoim koleżankom. Siostry Black należą do jednego z najbardziej ułożonych rodów czystej krwi. Jeśli zareagują źle, nie będę miała na co liczyć na sali.
Szarpnęłam za zasłony, stojąc oko w oko z Andromedą.
Dziewczyna najpierw uśmiechnęła się szeroko. Po sekundzie jakby zorientowała się, że kolor sukienki jest co najmniej dziwny, a na końcu wyglądała bardziej na zszokowaną, niż zezłoszczoną.
–Czy to jest...?
–Na Merlina, to gryfońska czerwień - zachłysnęła się Narcyza. - Dobrze się czujesz, Nancy?
–Tak, dokonałam tego wyboru zdrowa na ciele i na umyśle - odpowiedziałam spokojnie. - Jak wam się podoba?
Bellatrix wstała z łóżka, usadowiła się na łóżku blondynki i spojrzała na mnie z uwagą.
–Jest... znośnie.
–Tak, wiem, że może się wam nie podobać... - urwałam, przetwarzając, to, co powiedziała. - Zaraz, co?
–Czerwony świetnie ci pasuje - dopowiedziała Andromeda.
–Zdziwiłyśmy się dlatego, że wydajesz się przeciwna... No sama rozumiesz, Gryffindorowi.
Oh to się zdziwisz - mruknęłam jedynie w głowie zanim Bellatrix nie skrzyżowała ramion na piersi i nie spojrzała na mnie spod tornada ciemnych loków.
-Nancy?
-Tak?
-Z kim wybierasz się na dzisiejszy bal?
Zlał mnie zimny pot. Poczułam dreszcze na plecach. Kiedy chciała, Bella potrafiła wyglądać przerażająco. Miałam ochotę schować się pod swoje łóżko i już nigdy spod niego nie wychodzić.
A mimo wszystko do mojego umysłu wpadł pewien szatańsko szatański pomysł.
Uśmiechnęłam się delikatnie i przechyliłam głowę.
-Dowiecie się w tej samej chwili co reszta szkoły. Na balu.
°°°
Trzasnęłam drzwiami od łazienki w momencie, w którym z drzwi uderzył szpilek Bellatrix, robiąc dziurę w drewnie.
-Ja jej zaraz dam...!
Przełknęłam ślinę i spojrzałam w lustro. Malowanie się było moja mocną stroną, jednak nie miałam niczego, co mogłoby pasować do mojej sukienki (i kij z tym, że najpierw powinnam się pomalować, a potem ubierać sukienkę - nie dożyłabym tego...).
Przypomniałam sobie zaklęcie farbujące, a ciemny jak dotąd cień do powiek stał się krwistoczerwony. Czułam się jak mała dziewczynka trzymająca w rękach prawdziwe kosmetyki. Nie miałam wprawy w nakładaniu takiego makijażu. Próbowałam podkreślić oczy, nie wydłubać sobie oczu i nie wyjechać poza linię powiek. Zajęło mi to o wiele dłużej niż się spodziewałam. Zdążyłam się spocić i zmachać.
-Na Merlina! - wymamrotałam cicho, pryskając się perfumami. Zerknęłam na zegarek. - Idealnie godzina do balu...
Razem z Jamesem uznaliśmy, że aby wszystko przygotować spotkamy się pół godziny wcześniej. A ja stałam tam z kudłami rudych włosów wiedząc, że się nie wyrobię.
Spięłam je w kucyka. Wyszła mi górka. Spięłam je w warkocza. Kosmyk mi wypadł. Zostawiłam je rozpuszczone. Wpadły mi do oczu po jednej milisekundzie.
-Andromedo?
-Hmm?
-Pomogłabyś mi z fruzyrą? - zapytałam z bijącym sercem. - Musze za chwilę iść, a nie umiem ich upiąć.
-No jasne!
Wyszłam z łazienki. Narcyza właśnie malowała się przy toaletce, a Bellatrix ostrzyła ostrze... Znaczy ubierała buty.
Andromeda zrobiła mi na głowie luźnego francuza. Na końcu włosy związała w koka. Włożyłam jeszcze podłużne, srebrne kolczyki i zapięłam buty na delikatnym obcasie.
Podziękowałam siostrze Black najlepiej jak umiałam i popędziłam do wyjścia. Dwie minuty zostały mi do naszego spotkania. Trzymałam się ściany i schodziłam po schodach. Weszłam do dormitorium Ślizolgonów. Czaiło się tam już kilka panów (oraz pań), czekających na swoje partnerki. Kiedy tam stanęłam, zrobiło się całkowicie cicho.
Wyprostowałam się. Zaczęli do siebie szeptać, a ja ku własnemu zdziwieniu poczułam się z tym... Dobrze. Niech szeptają. Na balu dopiero wam szczęki opadną!
Wyszłam z lochów i skierowałam się do odpowiedniej komnaty. James miał czekać gdzieś przy niej. Spojrzałam w dół i zobaczyłam, że drżą mi ręce. Po chwili zauważyłam też, że głęboko oddycham.
No dobrze, Nancy. Jeszcze moment i Potter się pojawi. Tylko spokoj-
Wtedy James wyłonił się zza zakrętu. Wyglądał tak, jakby wyleciał właśnie z wyjątkowo przyjemnego bankietu. Na sobie miał garnitur, który mu wybrałam. Uśmiechnęłam się widząc go w tym stroju.
-Dobrze wyglądasz, Potter.
Jednak on nie odpowiedział. Gapił się na mnie jak ciele w namalowane wrota, a na jego twarz wskoczył rumieniec.
-Wyglądasz... Lepiej niż się spodziewałem - wykrztusił i podszedł bliżej. Zobaczyłam, że jego włosy są specjalnie ułożone, a on sam wygląda na bardzo spiętego. - Zawsze byłaś taka piękna?
-Odkąd się urodziłam, skarbie - odparłam z uśmiechem (w środku właśnie panikowałam). - Chodźmy po nasze maleństwo.
Brunet otrząsnął się i wrócił dawny, pewny siebie James. Podał mi rękę i otworzył przede mną drzwi do sali z eliksirem.
-Gotowa?
-Przecież wiesz, że tak.
_______
UWAGA ZASKOCZENIE
JA ŻYJE
CZYTASZ
RESPECT | james potter
Hayran Kurgu-James, kretynie od siedmiu boleści, oddawaj moją różdżkę. -Też cię kocham! Chaotyczna historia o Gryfonie i Ślizgonce, którzy kompletnie do siebie nie pasowali. Oczywiście oprócz kiełkującego uczucia ich życie pełne było potworów, czarnoksię...
