Mówili o smokach, mówili o nadchodzącym zagrożeniu, mówili o Pogromcach Smoków i mówili również o niej — Lucy Dragneel.
Maury potajemnie wyślizgnął się z gildii, uciekając w kierunku księgarni TicToki, w której sprzedawca obiecał zostawić mu jeden egzemplarz tygodnika Magnolijskiego, zanim cały nakład się wyprzeda. Wybłagał rodziców o kilka kryształów, zresztą słusznie przez niego zarobionych, którymi przed ukończeniem lat siedemnastu nie miał prawa nimi dysponować (a w zasadzie nie śmiał przeciwstawić się decyzji matki). Ten jeden raz to wyjątek, usprawiedliwiony wyjątek.
Minął rozkładających się przy tunelu straganiarzy z nowym przysmakiem Fiore — smoczym owocem, jedynym, który potrafił zmieniać kolor w ciągu dnia. Smakował średnio, podobno sprowadzono go z zagranicy, ale interes się kręcił przez ostatnie plotki.
— Maury! — krzyknął do chłopaka jeden z mężczyzn. Rzucił mu jeden ze smoczych owoców, o poranku miał bladoróżowy kolor.
Maury odwrócił się gwałtownie i w ostatniej chwili złapał owoc. Uśmiechnął się szeroko, po czym zawołał do straganiarza:
— Dzięki staruszku!
— Nie ma sprawy! Przyjdź za tydzień na rozładunek, jesteś niezastąpiony!
— Jasne, tylko tym razem dorzuć mi kilka kryształów ekstra — wpadł na pomysł przechwycenia kilku drobniaków dla siebie bez wiedzy matki.
— A w życiu, nigdy nie narażę się twojej matce. Jeszcze mi życie miłe — stchórzył.
Zawiódł się na straganiarzu, ale chyba już się przyzwyczaił, że nikt w Magnolii nie podważy zdania Erzy Scarlet, więc pozostało mu błagać i szukać lepszych wymówek niż zakup lektury do nauki. Inaczej mu nie uwierzą.
Ominął tłum wychodzący z katedry po porannej modlitwie. Zatrzymał się na pięć sekund, witając grzecznie panią, która często przynosiła do gildii świeże kwiaty. Dalej zauważył żonę pana Makao, która minęła go wraz z jedną sąsiadek, plotkując o ostatnich wydarzeniach przy granicy.
Ścisnęło go w żołądku... Wiedziały.
Pobiegł w kierunku księgarni, która była już tuż za rogiem. Grzecznie zapukał do środka, po czym wszedł, schylając się przed wejściem. Ciągle zahaczał głową o framugę, a nikt nie pomyślał o powiększeniu wejścia.
— O, Maury, cześć młody, jak tam? — powitał go w progu sprzedawca, mężczyzna w średnim wieku, który zawsze marzył o posiadaniu syna, a do tej pory udało mu się spłodzić sześć dziewczynek. Po szóstej przestał próbować, interes nie kręcił się na tyle dobrze, by pozwolić sobie na jeszcze jedne dziecko, poza tym nie miał już cierpliwości do swoich córek.
— Świetnie. Ostatnio sporo roboty w gildii, rodzice znowu wyruszą na misję, więc będzie trochę spokoju. Czasem mam dość ich „troski", nie jestem już dzieckiem.
— Powtarza to każde dziecko — mruknął pod nosem sprzedawca, a potem zniknął pod ladą.
Maury usiadł na wolnym stołku z szeroko rozłożonymi nogami. Pochylił się nad podłogą — na jej powierzchni pozostałe kolorowe ślady od kredek, których dziewczynki najpewniej użyły niedawno. Cieszył się, że na ten moment w gildii nie ma zbyt wielu takich potworków, choć niektórych członków zdecydowanie można by zaliczyć do kategorii dzieci.
— Tu jest! — zawołał mężczyzna, czołgając się po ziemi.
Maury podbiegł i pomógł mu wstać.
— Aż tak ważny jest dla ciebie ten tygodnik? — zapytał z ciekawości.
Nie mógł go winić. Zazwyczaj unikał wiadomości, niechętnie słuchał o tym, co się dzieje poza Magnolią. Szczególnie że te wiadomości niekoniecznie były powodem do radości. Plotki przychodziły z gildii i tyle mu starczało, ale poprzedniego wieczoru milczeli.
CZYTASZ
Pogromca smoków [z]
Fanfiction"Wszyscy odeszli. Zostałam sama" Pomimo sławy, którą zdobyła... Pomimo mocy, którą osiągnęła... Pomimo podroży, którą odbyła... Nikt nie wrócił. Dwa lata po walce z gildią Tartaros i rozłąką członków Fairy Tail, Lucy ostatecznie traci nadzieję na po...
![Pogromca smoków [z]](https://img.wattpad.com/cover/242450201-64-k198314.jpg)