Rozdział 16

150 14 4
                                        

Lucy popchnęła drzwi. Weszła do środka chwiejnym, niepewnym krokiem. Shina zerwała się gwałtownie z miejsca. Podbiegła do Lucy i złapała ją, nim całkowicie opadła z sił. A była zmęczona. Wyczerpana przez ten niepotrzebny nikomu bieg i spotkanie, które zakończyło się zwyczajnym fiaskiem.

Chciało jej się śmiać. W rzeczywistości nie zdołała nawet wydobyć z siebie zwykłego uśmiechu.

Shina położyła ją na łóżku. Zdjęła jej buty, potem przykryła grubym prześcieradłem. Śmierdziało, jakby od zapachowego mydła, w którym najprawdopodobniej wyprała je właścicielka. Przynajmniej było ciepło...

— Natsu odszedł? — spytała Shina. Usiadła na skraju łóżka. Pogładziła policzek Lucy.

Kobieta przymknęła oczy.

— Dałam mu odejść.

— Odejść? — zdziwiła się Shina. — Ty... pozwoliłaś mu...

— Odejść, tak — potwierdziła. — Odpocznę chwilę i przed zmierzchem wychodzimy. Musimy jeszcze porozmawiać z księdzem. Ewentualnie przepytać mieszkańców, czy nie widzieli czegoś szczególnego. Możliwe, że misja dotyczy tylko zwykłego złodzieja grobów, ale wątpię, by wzywali do tego maga...

— Odejść? — wróciła do poprzedniego tematu.

Odetchnęły ciężko w tym samym momencie.

Lucy odrzuciła kołdrę na bok. Podrapała się po zaczerwienionej skórze, a potem sięgnęła do swojej torby, w której trzymała notatkę ze szczegółami misji. Podała je Shinie.

— Czytaj — nakazała dziewczynie.

— Ale...

— Nie rozmawiajmy już o Natsu — przerwała jej. — Proszę, już wystarczy. Gdybym chciała, to bym go zatrzymała. Poza tym... ty chyba też nie za bardzo chciałaś, żebyśmy się ponownie spotkali?

Shina zbladła.

— Nie, nie, nie! — zaczęła szybko zaprzeczać. — To nie tak, ja tylko...

Lucy zatkała jej usta dłonią i wyszeptała niewyraźne "cii".

— Misja — odparła stanowczym, nieznoszącym sprzeciwu głosem.

Nałożyła buty i ruszyła w kierunku wyjścia, zabierając ze sobą klucze i torbę z rzeczami. Zostawiła Shinę za sobą. Jak pójdzie, to już się jej nie pozbędzie. Ale równie dobrze mogła zostać w pokoju. Dla Lucy nie robiło to różnicy, choć znając tę ciągle przepraszającą dziewczynę...

Odwróciła się. Shina już podążała za Lucy, zaskakująco cicho, ale mimo wszystko szła za kobietą w wymierzonej odległości.

Lucy wzruszyła ramionami i wyszła z lokalu, kierując się w stronę kościoła. Miejscowi wybudowali miejsce kultu prawie pięćdziesiąt lat temu za pieniądze z rekompensat za zniszczenia dokonane w trakcie wojny. Postawili kościół wraz z cmentarzem na wzgórzu — w miejscu najlepiej widocznym ze wszystkich punktów w miasteczku.

Obiekt wyglądał skromnie. Lucy mogła nawet rzecz, że surowo. Zdobiły go kamienne, chłodne ściany i puste okna, w których często w innych klasztorach były wstawione bogate witraże.

Kapłan mieszkał obok, w niskiej chałupie z drewna, z której unosił się cienki pas dymu. Drzwi były uchylone, mimo to Lucy zapukała przed wejściem do środka.

— Niech dawni bogowie nas błogosławią — odezwał się głos ze środka, a po chwili wyjrzał zza progu karzeł. Sięgał Lucy pod piersi, był niski i ogolony na łyso. Twarz miał lekko zdeformowaną, jakby po wypadku z dzieciństwa, nie naturalnej odmienności. Nosił białą togę, typową dla wyznawców dawnej religii. Pośrodku materiału miał naznaczony symbol pękniętej gwiazdy — znak odrodzenia po zniszczeniu.

Pogromca smoków [z]Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz