Rozdział 61

51 9 0
                                        

Lucy jako pierwsza otworzyła drzwi do zagraconego pokoju, w którym kurz się ścielił warstwami, a dowody na długą nieobecność właściciela drażniły oko. Zostawili za sobą wszystko. Nawet zapomnieli zamknąć za sobą szafy z ubraniami. Na kuchence leżał kawałek mięsa, który przypominał teraz wyschnięty fragment drewna.

Każdy jej krok zostawiał odcisk w nagromadzonej warstwie kurzu. Gdzie nie przeszła, tam musiała uważać na pajęczyny. Ale najbardziej drażniąca była ta dziwna pustka, która jakby za nią podążała, śmiejąc się z tego, co tak naprawdę zrobiły te trzy lata.

A najgorsze przyszło, gdy napotkała na zjedzony przez mole strój służącej, który Natsu zachował z ich pierwszej, wspólnej misji. Zostały z niego pojedyncze fragmenty, widzące na manekinie w brudnej plątaninie.

Natsu sięgnął po prześcieradło, budząc kilkanaście moli, które w jednym momencie wzbiły się w powietrze. Wszystkie spalił podmuchem gorąca, ale z nakrycia niewiele zostało.

— Posprzątam — obiecał smutnym tonem. Zmartwiony podrapał się nieśmiało po głowie i odwrócił, lustrując pomieszczenie, które dłużej nie przypominało domu.

Został z niczym. Ze wspomnieniem, usilnie przypominającym mu co już stracił. I z cichą pustką, wzbierającą się w środku lasu.

— Możesz... Wyjść? — zaproponował grzecznie. — Ogarnę wszystko i zaraz możesz wrócić!

— Hm. — Uśmiechnęła się krzywo i wyszła.

Dopiero na zewnątrz odetchnęła. Czuła, jakby od momentu wejścia do tego domu wstrzymywała oddech. Za wiele spadło na nią w jednym momencie. Reakcja Natsu przede wszystkim. Rzadko uśmiech na jego twarzy gasł, a ostatnimi czasy coraz częściej widziała go smutnego, rozczarowanego, bliskiego poddania się.

Włożyła dłonie do kieszeni spódnicy i zaczęła iść w bliżej nieznanym sobie kierunku. Pomyśli. Zbierze kilka pomysłów. I podejmie decyzję, co dalej. Jednak nie potrafiła choćby zacząć. Ani jedna myśl nie pojawiła się w jej głowie. Już wcześniej wykluczyła tak wiele pomysłów, że teraz każdy wydawał się infantylny, nierealny do zrealizowania. Była bliska płaczu. Poddania się.

— Nashi — wypowiedziała imię swojej przyszłej córki i zamknęła oczy, próbując przypomnieć sobie jej twarz.

Pamiętała jej uśmiech, bo jakby inaczej, odzwierciedlał ten, który widziała na twarzy Natsu. I długie, różowe włosy. Jednak potem ten radosny obraz zastąpiła wizja wiszącego ducha z poderżniętym gardłem.

Nie, za dużo o tym myślała, za bardzo analizowała.

Nie zapobiegnie temu, co się już wydarzyło, ale otrzymała szansę, żeby zmienić przyszłość.

— Nie da się zmienić przyszłości, dziewczyno! — odezwał się ciężki, męski głos obok Lucy.

Gwałtownie otworzyła oczy. Odskoczyła, sięgając po klucze. Dostrzegła twarz mężczyzny, rozpoznała jego nadludzką sylwetkę i rozluźniła się.

— Darezen — wypowiedziała imię mężczyzny.

Sięgnął po butelkę alkoholu i wypił połowę za jednym haustem. Resztę schował do kieszeni wielgachnych spodni. Nawet ze znacznej odległości śmierdział alkoholem. Lucy wątpiła, że tego wieczoru tylko jedna buteleczka mu towarzyszyła. Mimo to nie wyglądał na pijanego. Stał w miejscu, wzrok miał obecny, skupiony na niej, jakby w oczekiwaniu, że to ona zacznie rozmowę.

— O co chodzi? — spytała konkretnie. — Przyszedłeś mnie tym razem aresztować?

— Nie, nie. — Machnął ręką od niechcenia. — Zostałaś uniewinniona, poza tym ci na górze ubzdurali sobie, że możecie im się przydać. Pierdoły cholerne. Raz by wyszli na słońce, a nie gadają o tym, jak gorąco w południe. Wygodnie tym debilom na stołkach. Czasem mam ochotę ich pożreć, ech... — Westchnął ciężko. — Nie mniej, zarzuty oddalone.

Pogromca smoków [z]Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz