Marco spokojnie siedział na kanapie w gabinecie, ze śnieżną filiżanką oraz delikatnym spodeczkiem w dłoniach. Jak przykładny gentleman, milcząco upijał skromne łyki mocnej, zielonej herbaty, nieprzesadnie delektując się jej szlachetnym smakiem. W pewnym momencie zrobił błyskawiczny unik, żeby nie dostać w głowę lecącą książką. Wyprostował się, założył nogę na nogę i wbił spojrzenie w Dragana, który mało dostojnie osłaniał się przedramionami, przed latającymi w powietrzu tomami.
- Przestań już! - turkusowooki krzyknął w kierunku rozgniewanej kobiety - Chatę mi demolujesz!
- Ciesz się, że nie zdemolowałam ci facjaty! - Erin cisnęła w niego kolejną książką - Jeszcze!
- Dobra! - uniósł ręce w obronnym geście - Przepraszam, że ci nie powiedziałem, ok?
- Nie ok, gówniarzu! - zazwyczaj łagodna i wyrozumiała dama nie schodziła z tonu - Jak to możliwe, że masz ponad 400 lat, a wciąż zachowujesz się jak szczeniak?
- Taki już mój urok.
Luther uśmiechnął się rozbrajająco, powtarzając jedno z ulubionych powiedzonek Syriusza. Miał nadzieję rozbawić Lady, jednak najwidoczniej osiągnął odwrotny efekt. Przynajmniej na to wskazywało grube tomiszcze, które z impetem walnęło go w bark.
- Urok? - Erin opuściła ręce - Urok?! - anielskie oczy zapłonęły - Co ty pierdolisz, kretynie?! Jaki znowu urok?! Nieodpowiedzialnego, narcystycznego, zakłamanego debila?! Zamierzałeś mi kiedykolwiek powiedzieć?
- Nie było o czym - beztrosko wzruszył ramionami. - To tylko drobna rana. Prędzej, czy później się zagoi i tyle.
- Naprawdę nie rozumiesz... - westchnęła głośno. - Nie rozumiesz, albo nie chcesz zrozumieć. Jak wyjaśnisz to, że ona wcale nie chce się zagoić? Masz pomysł, dlaczego łamie prawa regeneracji, z której słyniemy? Nawet przez chwilę nie wydawało ci się to dziwne?
- Może i tak, ale nie chciałem cię martwić. Daj spokój, mała - rozłożył ramiona i podszedł kilka kroków bliżej. - Nie wściekaj się z powodu jakiejś pierdoły.
- To - wskazała na jego pierś - uważasz za pierdołę?
- Drobną niedogodność - uśmiechnął się wyzywająco.
Płomiennowłosa w ułamku sekundy doskoczyła do niego i chwyciła mocno za czarny kołnierzyk koszuli. Zaciskała wargi, jednak w jej boskich oczach płonął gniew, który go sparaliżował. Lady Crown do tej pory nigdy nie była na niego wściekła. Przez dziesięciolecia wystawiał jej cierpliwość na próbę, z czego niekoniecznie był taki znowu dumny. Wiedziała o wielu jego spektakularnych występach, ohydnych aktach agresji oraz chwilach, w których ślepo dawał się porwać destrukcyjnej, brutalnej naturze. Tysiące razy wracał do niej, skrajnie wyczerpany i obolały, z ulgą oddając się pod jej opiekę. Nie oceniała go, ani nie wypytywała na siłę. Kiedy przesadzał, zwyczajnie z nim rozmawiała, dyplomatycznie kierując na właściwe tory. Nie rozumiał, dlaczego teraz zareagowała tak gwałtownie. Przymknął oczy, gdy podniosła rękę, szykując się do uderzenia go otwartą dłonią w twarz - nie zamierzał unikać ciosu, na który prawdopodobnie zasłużył.
- Vallerin, puść go, proszę.
Raven podszedł do swej pani. Łagodnie chwycił jej nadgarstek, skłaniając do opuszczenia ręki. Drugą dłonią nakrył jej drobną rączkę i delikatnie zabrał ją z szyi Luthera. Rozumiał czemu była wściekła i rozgoryczona, ale nie zamierzał dopuścić do tego, by sprawy zabrnęły za daleko. Powinni chociaż spróbować wszystko sobie wyjaśnić we względnie spokojnej atmosferze. Z lekkim zawahaniem objął jej wąską talię, subtelnie kierując ku wypoczynkowi. Usiadł tuż obok niej, cały czas obejmując ją ramieniem. Żałował, że nie było z nimi Blacka. On zapewne potrafiłby ukoić zszargane nerwy płomiennowłosej.
CZYTASZ
Córa rodu Phoenix.
FanfictionLady Vallerin Crown, córa rodu Phoenix - kobieta, której miłość do czarodzieja już raz złamała życie, po raz kolejny daje się wciągnąć w świat magii. Na prośbę swego przyjaciela, Albusa Dumbledore'a, wraca do Hogwartu, żeby mieć tam na oku młodego...
