Ogary Wojny

6K 204 170
                                        


Nie widział praktycznie nic. Wszystko wokół spowijała mgła...gęsta, lepka i nieprzyjemna - przenikająca ciało swym paraliżującym chłodem, aż do samych kości. Przejmujące, lodowate szpilki bezlitośnie wbijały się w mięśnie, spowalniając i tak już niepewny krok. Głęboko wciągnął w płuca mroźne, nocne powietrze i skrzywił się, walcząc z przemożną chęcią przysłonięcia dłonią nosa. Lekkie podmuchy przesiąknięte były charakterystycznym, słodko-mdlącym smrodem palonego mięsa oraz kwaśną nutą krzepnącej krwi - osobliwą mieszanką odoru tamującego oddech i oblepiającego przełyk, dławiąc wszelaką chęć przełknięcia nagromadzonej, cierpkiej śliny. Powoli omiótł wzrokiem okolicę, po czym jęknął przerażony. Brunatne kałuże krwi znaczyły swym rdzawym odcieniem piętrzące się wszędzie w zasięgu jego wzroku stosy, w większości rozczłonkowanych, ciał - pozbawionych tchu, okaleczonych trucheł, z których gwałtownie wydarto iskrę życia. Krocząc ostrożnie pośród mgły z wyciągniętą przed siebie różdżką, gotową w każdej chwili odepchnąć atak, czuł na sobie dziesiątki spojrzeń nieruchomych oczu - wpatrzonych wprost w niego, z nazbyt wyraźną pretensją. Sine, zaciśnięte usta zdawały się nieustannie pytać, dlaczego zjawił się tak późno...czemu chociażby nie spróbował ich ocalić. Serce łomotało mu jak oszalałe, przez strach i adrenalinę, rozpędzające krew w obolałych, zmarzniętych żyłach. Przedzierał się przez to makabryczne pobojowisko ku rozbłyskom, które widział na horyzoncie - wielobarwnym snopom chaotycznych świateł, towarzyszących Zaklęciom Niewybaczalnym. Do jego uszu coraz wyraźniej docierała męcząca, upiorna kakofonia dźwięków. Wrzaski, agonalne jęki, szydercze śmiechy, wykrzykiwane zaklęcia, błagania o pomoc oraz bez mała zwierzęce okrzyki splatały się ze sobą w niezrozumiały, mącący zmysły szum. Wojna...znał jej bezkresne, ponure oblicze lepiej, niż cokolwiek innego. Wytężył całą swą wolę, by kontynuować wędrówkę, ignorując rozrzucone niemal pod jego stopami, nienaturalnie powyginane zwłoki. Stąpał ostrożnie zważając, by nie zbezcześcić pamięci poległych deptaniem po fragmentach ich udręczonych ciał. Pośród zamordowanych od czasu do czasu widział boleśnie znajome twarze, zastygłe po wieki w wyrazie przerażenia i niedowierzania. Otaczały go oblicza towarzyszy broni, szkolnych znajomych, niewinnych cywili...Śmierć nie oszczędzała nikogo i doskonale o tym wiedział. Nie mógł pozwolić sobie na luksus przystanięcia, żeby złożyć poległym należny hołd - on jeszcze był żyw, a póki żył nie gasła nadzieja na ratunek dla tych, którzy wciąż walczyli gdzieś za linią horyzontu. Wojna rozpalała w nim instynkty, których istnienia sam się nie spodziewał, ale dzięki nim wiedział dokładnie, co powinien robić. Nieznana siła ciągnęła go naprzód, pozwalając, by odszukał w otaczającym go tańcu śmierci namiastkę pewności i, jakkolwiek irracjonalnie to nie brzmiało, komfortu. Wojna była ostatnią rzeczą, jakiej zasmakował przed spędzeniem kilkunastu lat pod kluczem. Wyryła się w jego świadomości z całą swą naturalistyczną, bezlitosną brutalnością, dając stabilny punkt odniesienia. Ludzie się zmieniali, lecz wojna nigdy. Wyzwalała w nim nagromadzony przez lata strach, przynosząc specyficzny rodzaj ukojenia. Znał wojnę, a ona znała jego. Rzucając pierwsze zaklęcie na polu walki, raz na zawsze stał się jej częścią, a ona wtopiła się w niego. W pewnym pokrętnym sensie zaczął ją traktować niczym przyjaciółkę - niezmienną i stałą w swoich pragnieniach oraz oczekiwaniach. Nie potrafił i po prawdzie być może wcale nie chciał od niej uciec. Nie chciał...aż do tej chwili...Różdżka wysunęła się z jego dłoni, upadając wprost w kałużę gęstego błota. Przez chwilę nie był w stanie się poruszyć czując, jak jego serce po raz kolejny rozsypuje się w drobny pył. Przeraźliwy ból rozrywał swymi szponami każdą jedną komórkę jego ciała, gdy jak sparaliżowany wpatrywał się w wachlarz płomiennych włosów, rozrzuconych ognistą kotarą na zbrukanej krwią ziemi. Choć wiedział, że nie powinien zdradzać swojej pozycji, nie był w stanie pohamować krzyku, wydzierającego się z czeluści jego trzewi - głośniejszego i bardziej zrozpaczonego niż kiedykolwiek. Osunął się ciężko na kolana, nie mogąc zaczerpnąć tchu. Patrzył na swoje rozdygotane dłonie, zatopione w brunatno-brązowej mazi, po czym nieomal pełznąc, przedostał się do drobnego ciała najwspanialszej kobiety, jaką dane mu było poznać. Brudnymi dłońmi objął porcelanowe policzki dziewczyny, nie chcąc, by jej przepiękna buzia leżała w pobliżu obrzydliwej mieszanki krwi i błota. Zawył przeraźliwie widząc te same łagodne, lazurowe oczy, które ocaliły jego nic nie wartą dusze. Były tak...pozbawione blasku...przymglone...odległe...martwe... Gorączkowo rozglądał się wokół, mając naiwną nadzieję, na wydobycie z wszechobecnego mroku odpowiedzi. Co ona tu robiła, do jasnej cholery?! Nie powinno jej tu być...nie było jej przecież podczas wojny, którą bezustannie rozpamiętywał. Czemu nikt jej nie obronił?! Jaki potwór mógł się zdobyć na coś równie podłego, jak podniesienie na nią ręki?! Dlaczego nigdzie nie było śladu po tym zwyrodniałym skurwielu, którego w tej chwili mógłby rozszarpać gołymi dłońmi?! Serce ścisnął mu lodowaty skurcz. Czemu jego nie było obok, gdy dla odmiany to ona go potrzebowała... Objął delikatnie jej szczupłe plecy i przycisnął martwe, eteryczne ciało do swojej piersi. Dlaczego ten jeden, jedyny raz nie mógł znaleźć się tam, gdzie powinien? Z jakiego powodu znów musiał patrzeć na śmierć bliskiej osoby, chociaż prawdopodobnie był w stanie jej zapobiec? Gorące łzy staczały się po jego twarzy, kiedy gładził wychłodzony policzek kobiety. Nie zasługiwała na to, by wykrwawiać się w tak paskudnym miejscu...jej śnieżna suknia nigdy nie powinna być równie brudna i poszarpana. Pragnął choć raz jeszcze zobaczyć jej cudowny uśmiech - poczuć bijące od niej ciepło, którego nie można było porównać z żadnym innym.

Córa rodu Phoenix.Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz