Panna Dumbledore

9.1K 348 166
                                        


Minerva, z zaciśniętymi mocno ustami, intensywnie wpatrywała się w drobną dziewczynę, której przybycie do Hogwartu mogło oznaczać tylko jedno - kłopoty. Dumbledore opowiadał jej o istnieniu tego...osobliwego zjawiska, nigdy jednak nie widziała żadnego z przedstawicieli rodu Phoenix. Znała jedynie legendy, krążące w świecie magicznym od zarania dziejów - bardzo niepokojące legendy, warto dodać. Nazwisko Phoenix wryło się w świadomość czarodziei, jako synonim nieuchronnie zbliżającej się katastrofy, której nie sposób było zatrzymać. Obecnie powszechnie uważano istnienie Mistycznych za wymysł bujnej wyobraźni przodków, będący skutkiem najzwyklejszej potrzeby tłumaczenia sobie niezrozumiałych sił, wpływających na życie zwykłych ludzi - mimo to jednak negatywny wydźwięk tego nazwiska nie osłabł, a wręcz przybrał na sile, na dobre wpisując się w kulturę. Profesor zaplotła ręce na piesi, chcąc dać płomiennowłosej wyraźny sygnał, że nie miała najmniejszego zamiaru uścisnąć wyciągniętej ku niej dłoni, co dziewczyna zawzięcie ignorowała. McGonagall uniosła dumnie podbródek, nie spuszczając z oka Lady Crown. Narastały w niej wątpliwości. Czy tak powinno wyglądać ucieleśnienie złej nowiny? Uważnie lustrowała ogniste pasma długich włosów, spływające miękką kaskadą na szczupłe ramiona Vallerin; arystokratyczne, wysublimowane rysy porcelanowej buzi oraz niesamowite oczy, wlepione w nią z deprymującym uporem - duże, migdałowe, kojąco łagodne i skrzące przepiękną barwą głębokiego lazuru. Serce czarownicy zamarło na kilka sekund, gdy początkowe wzburzenie złagodniało i pozwoliło jej wyraźnie dostrzec w tych magnetycznych tęczówkach, ulotny przebłysk grozy. To nie był wzrok niewiniątka...w chłodnym błękicie wyraźnie odbijały się cienie magii, lecz nie takiej jaką znali i jakiej nauczali. W tych oszałamiających oczach tańczyły pierwotne, nieujarzmione siły, których Minerva nie była w stanie pojąć. Poczuła zimną, ponurą falę lęku, rozlewającą się błyskawicznie po całym jej ciele, niemalże prowokując mdłości - dokładnie tak powinien wyglądać zły omen! Oddech uwiązł jej boleśnie w ściśniętych niepokojem płucach, kiedy uświadomiła sobie w jakiej dokładnie sytuacji się znalazła. Oddałaby wszystko, by nigdy do tego nie doszło! Poukładany świat magii, jaki kochała i rozumiała, właśnie starł się bezlitośnie z pradawną potęgą, przestając mieć jakiekolwiek znaczenie, a wszytko to za sprawą dziewczyny, wyglądającej niczym istny anioł. Profesor, z trudem, zmusiła się do powolnego wypuszczenia nagromadzonego powietrza, próbując w ten sposób uspokoić się i odzyskać jasność myślenia, po czym wykrzywiła usta w subtelnym, gorzkim półuśmiechu. To czy popierała decyzję Albusa, czy też nie, nie miało w chwili obecnej najmniejszego znaczenia - przez lata nauczyła się ufać osądom Dumbledore'a, a przekonać go do zmiany zdania, nie miała najmniejszych szans. Nie mając większego wyboru, niechętnie uścisnęła wciąż wyciągniętą dłoń Lady. Wcale jej się to wszytko nie podobało...

- Gallatea Dumbledore? -mimowolnie uśmiechnęła się, zerkając na dyrektora.

Starszy mężczyzna jedynie wzruszył ramionami, z wątłym uśmiechem przyglądając się uważnie reakcji Minervy. Doskonale widział jej wewnętrzną walkę oraz dziesiątki skrajnych emocji, ścierających się za sobą w bystrych, doświadczonych oczach. Nie mógł odczekiwać od McGonagall spokojniejszego zachowania, bowiem pierwszy kontakt z Vallerin zazwyczaj bywał trudny - Lady była ucieleśnieniem potęgi, o jakiej świat usilnie starał się zapomnieć. Dyrektor, dyskretnym ruchem, poprawił okulary wracając wspomnieniami do chwili, gdy to on, jako młody adept sztuk magicznych, spojrzał w błękitne oczy płomiennowłosej. Tak samo, jak Minerva w tej chwili, również on nie był w stanie zachować zimnej krwi, przez skrzącą w hipnotycznym lazurze siłę, która budziła zarówno szacunek, jak i niezrozumiałą grozę. Nie było w tym niczego dziwnego. Ludzi zawsze przerażało to, czego nie znali. Uśmiechnął się ciepło i z zadowoleniem skinął głową - skoro pani profesor widziała dokładnie to samo, co on, oznaczało to, że dobrze wybrał powiernika tajemnicy.

Córa rodu Phoenix.Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz