Poddenerwowany Friedrich krążył w tą i spowrotem, stukając palcami w splecione przedramiona. Przygryzał wargi, dławiąc cisnące się na usta przekleństwa. Słońce było już wysoko, przez co w dżungli zrobiło się niemiłosiernie wręcz parno. Rzucił Ethanowi gniewne spojrzenie.
- Pojawią się, czy nie? - warknął, ostentacyjnie patrząc na srebrny zegarek.
- Przyjadą.
Luther uśmiechnął się przyjacielsko, co nijak nie uspokoiło niecierpliwego staruszka. Zgodnie z ustaleniami, grupa Jeana powinna dziś do nich dołączyć i przejąć dowodzenie w wydobywaniu szczątków z masowych grobów. Kilka dni wcześniej dotarł obiecany sprzęt, który zdążyli już rozpakować i rozdysponować. Póki co nie odesłano archeologów, jednak dostali zakaz grzebania w pobliżu miejsc odnalezienia osobliwych szkieletów. Ich dalsze prace uzależnione były od oceny De Ligne. Nie miał pojęcia, w jaki dokładnie sposób Ogar zamierzał to wszystko rozegrać, więc nic nie mówił, nie chcąc siać niepokoju.
- Nie zdążą przed zmierzchem - profesor wzdychał dramatycznie. - Lepiej się było z nimi spotkać w miasteczku, a tak siedzimy bezczynnie.
Lange dawał jasno do zrozumienia, jak bardzo męczyła go ta sytuacja. Tadeo wywiązał się z obietnicy dosłania niezbędnego wyposażenia, ale słowem się nie zająknął na temat tego, kogo przyśle. Ukrócił dyskusję zapewniając, że zaprosił do pomocy wykwalifikowaną i dyskretną ekipę naukowców. Ogólniki nijak mu nie wystarczały, dlatego męczył Ethana, jednak ten upierał się, że nie znał nazwisk przyszłych towarzyszy niedoli. Stary profesor zachodził w głowę, który to z jego zacnych kolegów po fachu zgodził się na wykańczającą orkę w bezlitosnym buszu.
- Coś jedzie! - krzyknął jeden ze studenciaków, oddelegowany do obserowania błotnistej, wyboistej drogi.
Ethan podniósł się z pomalowanej na niebiesko, drewnianej skrzyni i machnął w kierunku Ality, dając jej znać o przybyciu wsparcia. Pod teren wykopalisk zajechał czarny, nieoznakowany Humvee oraz dwa potężne pojazdy transportowe, wyładowane najprawdopodobniej sprzętem. Z wnętrza Humvee wysiadło pięciu młodych mężczyzn, ubranych zdecydowanie zbyt stylowo, jak na pracę w trudnych warunkach. Do komitetu powitalnego podszedł wysoki, smukły facet o ciemnych włosach i czarnych oczach.
- Cieszę się, że jesteście - Ethan wyciągnął dłoń do Jeana, chcąc przełamać szok, w jakim zastygli Alita oraz Friedrich.
- My również - De Ligne jak zawsze był oszczędny w słowach.
Gestem nakazał swoim ludziom rozpoczęcie rozładunku i bezzwłocznie do nich dołączył. Lange zacisnął dłonie w pięści, mając szczerą ochotę rzucić tym wszystkim w pizdu. Tadeo obiecał im pomoc, a przysłał ledwie garstkę ludzi, pod przewodnictwem chłopaczka, który mu bardziej na modela wyglądał, niż naukowca. Złość przerodziła się w niepokój, gdy zobaczył jak błyskawicznie radzą sobie z wypakowaniem dziesiątek mniejszych i większych skrzyń. Byli zsynchronizowani, skupieni i milczący, przekazując informacje przy pomocy ustalonych znaków. Serce podeszło mu do gardła. Postawa, zdyscyplinowanie, sprawność...
- Wojskowi - szepnął do Ethana. - Przysłał cholernych wojskowych.
Luther nie potwierdzał, nie zaprzeczał. Niemal wszyscy w instytucie Jeana przeszli przez coś podobnego do szkolenia militarnego, na wypadek, gdyby przyszło im bronić placówki. Nie znaczyło to bynajmniej, że nie są świetnymi, oddanymi badaniom, naukowcami, bo to właśnie takich ludzi gromadził wokół siebie De Ligne. Można ich było łatwo wziąć pochopnie za oddział wojskowy. Rozumiał, skąd wrogie nastwienie Friedricha. Powszechną wiedzą było to, że jeśli na miejscu twoich badań pojawia się wojsko... badania nie są już dłużej twoje.
CZYTASZ
Córa rodu Phoenix.
Fiksi PenggemarLady Vallerin Crown, córa rodu Phoenix - kobieta, której miłość do czarodzieja już raz złamała życie, po raz kolejny daje się wciągnąć w świat magii. Na prośbę swego przyjaciela, Albusa Dumbledore'a, wraca do Hogwartu, żeby mieć tam na oku młodego...
