Płomiennowłosa wpadła do gabinetu Albusa. Był wczesny poranek, jednak dyrektor już przygotowywał się do kolejnego dnia pracy. Podniósł się ze swojego fotela i natychmiast zamknął drzwi. Nigdy jeszcze nie widział przyjaciółki tak roztrzęsionej i przybitej. Przez dłuższą chwilę po prostu stała bez ruchu, nawet na niego nie patrząc. Nie miał pojęcia co mogło się stać, ale wiedział jedno - w tej chwili go potrzebowała. Podszedł do dziewczyny, chcąc się jej lepiej przyjrzeć i skamieniał, dostrzegając drobne ślady charakterystycznej krwi na jej rękach. Objął ją ramieniem, po czym delikatnie zaprowadził do wolnego fotela. Opadła ciężko na siedzisko, zaplatając ręce na piersi. Stanął tuż przed nią, opierając się o blat biurka. Żadne z nich nie odezwało się jeszcze przez dobrych 20 minut, które okazały się dla niego niewysłowioną torturą. Skoro do niego przyszła, najpewniej chciała porozmawiać, a on nie miał pomysłu, jak jej to ułatwić.
- Co się stało, moja droga? - przemówił cicho i łagodnie, nie chcąc wywierać na niej presji.
- Dragan... - wyszeptała drżącym głosem. - Może nie wrócić przez jakiś czas.
Ton, którym mówiła, zmroził go do szpiku kości. Dało się w nim usłyszeć czystą, szczerą rozpacz, usilnie spychaną gdzieś na margines. Przełknął gorzkawą ślinę, która niemalże przyprawiła go o mdłości. Panna Crown kochała Luthera całym sercem, więc jeśli była w takim stanie...coś okropnego musiało stać się kruczowłosemu.
- Powiesz mi dlaczego? - starał się brzmieć jak najspokojniej.
- Damon... - imię Lorda ledwo przecisnęło się jej przez gardło - prawie go zabił.
Serce czarodzieja zatrzymało się, ściśnięte szokiem. Jeszcze nie dawno rozmawiał z Lordem Arienem i odniósł wrażenie, że Mistyczni na swój sposób dbali o siostrę, chcąc odpokutować za grzechy przeszłości. Dlaczego nagle jeden z nich miałby podjąć decyzję, o wbiciu jej noża wprost w serce? Czemu Lord Damon, wiedząc ile zła już jej wyrządzili, próbował zamordować osobę, najbliższą jej sercu? To...zwyczajnie nie miało dla niego sensu. Dumbledore zacisnął ręce na krawędzi biurka, dając porwać się fali gniewu. Nie był człowiekiem o gwałtownym usposobieniu, jednak ta sytuacja...to przekraczało wszelkie granice tolerancji! Chwycił zimne, delikatne dłonie Lady, zamykając je we własnych.
- Wyjdzie z tego?
- Nie jestem pewna - westchnęła, pocierając kciukiem wierzch jego dłoni. - Jest pod opieką jednego z naszych krewnych i wykwalifikowanych medyków, w bezpiecznym miejscu. Posłałam do nich Stena, z miksturami, które mogą przydać się w leczeniu. Będzie mnie informował.
- Może Lord Arien...
Nie ośmielił się mówić dalej, ponieważ atmosfera uległa przerażającej zmianie. Ledwo wymówił imię Phoenixa, a uderzyła w niego fala kąśliwego gorąca, bijąca od dziewczyny. Mocniej zacisnęła palce na jego rękach, prawdopodobnie nieświadomie przesuwając kości. Wprost na niego spojrzały wściekłe, zdeterminowane, płonące oczy.
- Żaden z nich się do niego nie zbliży - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - Ani teraz, ani nigdy więcej.
Temperatura jej dłoni nieustannie rosła, parząc jego skórę. Zaczynał czuć się, jakby trzymał rozżarzony metal, ale nie chciał jej puszczać i nie zrobił tego. Obiecał samemu sobie być dla niej przyjacielem, na którego zasługiwała. Obiecał zając się nią, skoro jej własna rodzina tego nie potrafiła. Vallerin w końcu zorientowała się, że krzywdzi Albusa i natychmiast wróciła do względnej normy. Ostrożnie odwróciła jego ręce, z ubolewaniem patrząc na paskudne zaczerwienienia - dobrze, że nie zdążyła porządnie go poparzyć.
CZYTASZ
Córa rodu Phoenix.
FanficLady Vallerin Crown, córa rodu Phoenix - kobieta, której miłość do czarodzieja już raz złamała życie, po raz kolejny daje się wciągnąć w świat magii. Na prośbę swego przyjaciela, Albusa Dumbledore'a, wraca do Hogwartu, żeby mieć tam na oku młodego...
