Harry siedział na swoim łóżku, wpatrując się w zegar. Gdyby tylko ekscytacja mogła przyspieszyć wskazówki... Koniec roku szkolnego zawsze był dla niego czasem trudnym. Nie miał najmniejszej ochoty opuszczać Hogwartu i wracać do domu przy Privet Drive 4, jednak nie posiadał żadnej alternatywy. To, że nie dane mu było spędzić więcej czasu z Syriuszem, dodatkowo utrudniało całą sprawę - miał do niego tak wiele pytań.Włóczył się po szkole, jak ponury cień, lecz na dwa dni przez zakończeniem roku, stało się coś nieoczekiwanego. Dragan, bez uprzedzenia, zjawił się w dormitorium Gryffindoru, wzbudzając tym niemałe zamieszanie.
Starsi uczniowie oraz członkowie drużyny niemalże natychmiast otoczyli go ciasnym wianuszkiem, a spora grupa dziewcząt zaczęła zachowywać się jak nawiedzone. Luther cieszył się ogromnym uznaniem młodych czarodziei i zwykle poświęcał im kurtuazyjną chwilę uwagi, lecz nie tym razem. Turkusowooki najwidoczniej nie miał ochoty na marnowanie czasu, ponieważ mało elegancko zignorował całe towarzystwo i podszedł wprost do niego. Nieznoszącym sprzeciwu, władczym tonem oznajmił, że mieli do pogadania i ma iść z nim do sowiarni. Młody Potter początkowo był bardzo poddenerwowany wizją czekającej ich rozmowy, niemrawo drepcząc tuż za Lutherem, w absolutnej ciszy. Kilka razy niepewnie podnosił wzrok, chcąc coś powiedzieć, jednak starszy kolega zdawał się zupełnie olewać jego obecność, dlatego poddał się po którejś próbie. Dragan zwrócił na niego uwagę dopiero, kiedy upewnił się, że są sami i nikt nie mógł ich podsłuchiwać. Spokojnym, konkretnym tonem oznajmił, że Syriusz był cały i zdrowy. Black ukrywał się w posiadłości kruczowłosego, a wedle krótkiej opowieści, było to niezwykłe domostwo - owiane gęstą mgłą tajemnicy. Luther obiecał mu, że przyjedzie po niego w drugim tygodniu wakacji i zabierze go na spotkanie z ojcem chrzestnym. Ucieszył się, to oczywiste, ale był jeden problem, skutecznie hamujący wybuch radość - szczerze wątpił w to, by wujostwo ot tak pozwoliło mu opuścić dom. Otwarcie podzielił się swoimi obawami z Lutherem, lecz ten tylko się roześmiał i potargał jego bezładne włosy, po czym wyszedł, chichocząc pod nosem. Skołowany Harry samotnie wrócił do dormitorium, nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. Szczerze mówiąc nie spodziewał się niczego wielkiego - wolał nie robić sobie nadziei. Wrócił do domu Dursley'ów i niemalże zapomniał o całej sprawie, jednak cztery dni temu przekonał się, że nigdy nie powinien wątpić w obietnice Dragana. W poniedziałkowe, senne popołudnie do drzwi domu zapukał postawny, elegancko ubrany mężczyzna, z przepaską na oku. Przez kilka minut rozmawiał w progu z wujem Vernonem, po czym został zaproszony do środka. Dursley'owie starali się należycie ugościć przybysza, który swoim wyważonym, niemal arystokratycznym zachowaniem zrobił na nich olbrzymie wrażenie. Gość przedstawił się imieniem Marco i uprzejmie, acz stanowczo zażądał, żeby Harry był obecny podczas rozmowy. Ciotka Petunia, zamiast jak zwykle krzyczeć, przyszła do jego pokoju i nawet miło kazała mu zejść na dół. Pojęcia nie miał, kim był ten facet - nigdy wcześniej go nie spotkał. Nie zmieniało to faktu, że w jego obecności natychmiast poczuł się bezpiecznie i komfortowo, jakby został przysłany po to, by się nim zaopiekować. Zielonooki usiadł między wujostwem, mimowolnie skupiając się na obserwowaniu przybysza. Złota, migotliwa tęczówka wydała mu się najbardziej magiczym zjawiskiem, jakie miał okazję obserwować - a wiele już mu się w życiu przytrafiło. Jednooki mężczyzna emanował czymś niespotykanym. Łagodnym i szorstkim zarazem. Jego głos był niemalże tak niski i mruczacy, jak Dragana, ale brzmiał subtelniej, co tylko potęgowało efekt. W oszczędnych słowach poinformował Dursley'ów, że w piątek złoży im wizytę Dragan Luther. Umiejętnie przedstawił turkusowookiego, jako wyjatkowo utalentowanego, młodego czarodzieja, cieszącego się uznaniem najważniejszych osobistości magicznego świata. Wedle jego słów, Luther życzył sobie zabrać Harry'ego na cały weekend, żeby pomóc mu ze szkolnymi sprawami. Vernon chciał zaprotestować, jednak jedno spojrzenie byłego Łowcy sprawiło, że zapomniał języka w gębie. Petunia była zbyt oczarowana gościem, by zwrócić jakąkolwiek uwagę na wątpliwości męża. Solennie zapewniła Marco, że osobiście dopilnuje, aby Harry był odpowiednio wyszykowany na weekendowy wyjazd. Ravi, jak na konkretnego człowieka przystało, ustalił niezbędne szczegóły, poświęcił jeszcze chwilkę na luźną wymianę zdań z młodym czarodziejem, po czym pożegnał gospodarzy i wyszedł. Potter zacisnął dłonie na krawędzi łóżka, uśmiechając się szeroko. Ciotka Petunia przez te kilka dni była dla niego znacznie milsza, niż przez całe jego dotychczasowe życie. Niespodziewanie zaczęła interesować się jego szkolnymi sprawami oraz światem czarodziei, którym do tej pory szczerze gardziła. W tajemnicy przez wujkiem, spędzała czas z siostrzeńcem, starając się go delikatnie wypytać o jednookiego i tego całego Luthera. Harry nie bardzo chciał opowiadać jej za dużo, żeby czasem nie popsuć kobiecie dobrego nastroju. Raven nie podał konkretnej godziny spotkania, dlatego dziś od samego rana trwały gorączkowe przygotowania na przyjęcie kolejnego, magicznego gościa. Vernonowi udało się uniknąć całego zamieszania, z powodów zawodowych - zręcznie wymigał się natłokiem pracy. Ciotka zarządziła, aby Harry i Dudley wbili się w odświętne ubrania, a sam dom dosłownie lśnił czystością - młody Potter był za to w większości odpowiedzialny. Jednooki opisał Luthera w taki sposób, że gdyby Harry nie wiedział o kogo chodziło, sam pomyślałby, iż odwiedzi ich bez mała członek rodziny królewskiej.
CZYTASZ
Córa rodu Phoenix.
FanfictionLady Vallerin Crown, córa rodu Phoenix - kobieta, której miłość do czarodzieja już raz złamała życie, po raz kolejny daje się wciągnąć w świat magii. Na prośbę swego przyjaciela, Albusa Dumbledore'a, wraca do Hogwartu, żeby mieć tam na oku młodego...
