Jean oparł tył głowy o drewniany słup, będący częścią wzmocnienia namiotu. Skrzyżował ręce na piersi, zasłuchany w ogłos ciężkich, gęstych kropel, rozbijających się o napięty materiał. Strumienie wody dosłownie zalewały teren wykopalisk, przez co prace stały w miejscu od dobrych kilkunastu dni. Komplikowało to jego plany. Nie zamierzał zostawać w Peru aż tak długo.
Jako dowódca naukowej sekcji Legionu, miał bardzo napięty grafik, co niekoniecznie podobało się jego współpracownikom. Q jak mantrę powtarzał, że powinien zwolnić i dać sobie czas na odpoczynek. Wiedział doskonale, że doktor ma rację, jednak... nie potrafił. Zakrawający o obsesję pracoholizm był jego reakcją obronną. Kiedy miał zbyt dużo wolnego czasu, jego myśli mimowolnie uciekały ku przeszłości. Niewyraźne, chaotyczne cienie mąciły dyscyplinę, którą sam sobie narzucił, a było to zjawisko dość niebezpieczne. Im głębiej zatapiał się we wspomnieniach, tym większy gniew odczuwał. Z pełną siłą odzywał się w nim potwór, zrodzony z Otchłani i za nic nie chciał zamilknąć. Jedynie poddanie się krwawemu szaleństwu przynosiło ukojenie, a to godziło w jego dumę. Nienawidził tego, że mimo całej swojej wiedzy, nie był w stanie znaleźć innego wyjścia, ani stawić skutecznego oporu. Nienawidził, gdy pierwotna żądza przyćmiewała racjonalny umysł. W tej chwili nie groziła mu utrata kontroli. Pogoda zatrzymała go w miejscu, lecz miał inne kwestie, które zajmowały mu głowę. Prócz zdrowia Johna martwiło go coś jeszcze. Clay. Wysłanie Cairo do rezydencji było najsensowniejszym pomysłem, z uwagi na jego talent oraz doświadczenie, jednak temperament inżyniera... mógł okazać się wyjątkowo kłopotliwy. Łącznik przekazał mu notatkę od Q, w której wzburzony lekarz relacjonował spotkanie Clay'a z Lady Crown. Choć doktor z całą pewnością był mocno wkurzony, on sam widział w tym widowisku pewne walory rozrywkowe. Z Cario łączyła go całkiem długa historia, o nieco gorzkawym posmaku. Usłyszał jego imię po raz pierwszy, niemal dwadzieścia lat temu. Informator znalazł go w podrzędnej, słabiutko radzącej sobie szkole, która w swych murach gościła wyłącznie trudnych wychowanków. Margines, którym nikt za bardzo nie zawracał sobie głowy. Wysłannik Legionu uznał dzieciaka za na tyle obiecującego, żeby poinformować Setha o jego istnieniu. W tamtym momencie wycieczka na zadupie nie była mu w smak, ale zawsze osobiście sprawdzał doniesienia, nieustannie poszukując potencjanych, nowych nabytków do instytutu - nie bez znaczenia pozostawała również renoma informatora, który posiadł imponujące wręcz wyczucie. Pierwsze wrażenie było... rozczarowaniem. Cairo bardziej niż nauką, zainteresowany był romansami, ze sporo starszymi od siebie kobietami, które skłonne były sypnąć groszem w zamian za urocze towarzystwo. Ze zdobytych informacji wynikało, że życie tego chłopaka nigdy nie było ani proste, ani przyjemne. Został porzucony przez matkę w szpitalu, tuż po porodzie i trafił wprost w bezlitosne tryby machiny. Nie miał na tyle szczęścia, by znalazła się rodzina, gotowa go przygarnąć. Im był starszy, tym większe i poważniejsze problemy wychowacze sprawiał, przez co często przerzucano go z jednej placówki do drugiej. Bójki, ucieczki, kradzieże, spięcia z władzami, oszustwa, wyłudzenia, paserka, hazard, alkohol, narkotyki... miał całkiem bogate portfolio, jak na gówniarza i nic nie wskazywało na to, by zamierzał się opamiętać. Żył tu i teraz, nie zaprzątając sobie głowy przyszłością - już będąc członkiem Legionu powiedział swojemu dowódcy, że nie sądził, by miał szansę dożyć dwudziestki. De Ligne obserwował go przez kilka dni, nie widząc w nim niczego, co mogłoby okazać się przydatne dla organizacji. Już miał zwątpić w swojego czołowego informatora i sprawdzić kolejnego kandydata, gdy trafił na coś obiecującego. Clay jednak jakąś pasję w życiu posiadał. Architekturę. Miał w tej dziedzinie coś, na kształt naturalnego talentu. Nieoszlifowanego i nieprzyjemnie chaotycznego, jednak to dało się naprostować. Został nieco dłużej, kontynuując obserwacje. Cairo okazał się szalenie uzdolniony w naukach ścisłych, czym nie chwalił się zbyt ochoczo w towarzystwie. Był tym typem osoby, który szczególnie działał mu na nerwy. Gotowym zmarnować talent, żeby być lubianym przez ludzi, którzy ciągnęli go na dno. Postanowił zabrać go ze sobą i osobiście przekonać się, ile był wart. Z przejęciem opieki nad nieletnim nie miał najmniejszego problemu. Zarządca sierocińca był na tyle podekscytowany możliwością pozbycia się problemu, że załatwili formalności niemal od ręki - gdyby mógł, jeszcze by chłopaka wstążką owinął i kokardkę mu na czole przykleił. Jean może i mógłby być tym faktem obrzydzony, jednak widział podobne zachowanie zbyt wiele razy, by jeszcze robiło to na nim jakiekolwiek wrażenie. Początki mieli trudne. Dzieciak miał masę problemów ze sobą, a on nie potrafił i nie chciał zgrywać rodzica. Potrzebował pomocy, więc zwrócił się o nią do osoby, która jako pierwsza przyszła mu do głowy. Przełknął wstyd i posłał list do Lady Crown, prosząc ją o radę. Lady nigdy go nie zawiodła i tym razem nie było inaczej. Idąc za jej wskazówkami kompletnie zmienił nastawienie i metody działania, dzięki czemu udało mu się nakłonić Cairo do współpracy. Z czasem wytworzyła się między nimi relacja, oparta na wzajemnym szacunku, zaufaniu i zrozumieniu. Osobiście nie przeszkadzała mu ewidentna słabość Clay'a do płci przepięknej, choć potrafiła ocierać się o granice absurdu. Zaakceptował to, że taką już miał naturę i w ramach wsparcia przydzielił mu dwóch asystentów, którzy pilnowali, by ich przełożony skupił się na robocie. Toth czasem kąśliwie wypominał koledze tę słabostkę, ale z natury był zabawnie złośliwym człowiekiem, dzięki czemu przytyki uchodziły mu na sucho. Taki układ sprawdzał się całkiem nieźle, lecz jeśli w grę wchodziła Lady Crown... nawet kontrolny strzał w pysk mógł nie pomóc. Obawiał się, że Clay może nie utrzymać języka za zębami i łap przy sobie, przez co przekroczy granicę. Z Syriuszem lub Ravim jeszcze mógł porozmawiać, stając w obronie podwładnego i załagodzić sytuację, ale jeśli Cairo wkurwi Dragana... obawiał się, że będzie zmuszony wyznaczyć nowego lidera inżynierów. Wziął głęboki wdech i przymknął oczy. Musiał skupić się na własnym zadaniu, zamiast rozważać abstrakcyjne scenariusze. On i Ethan zostali zmuszeni do ucięcia sobie długiej, zaciętej pogawędki z profesorem Lange oraz Alitą. O ile kobieta zgodziła się z ich argumentami i przyznała im rację, o tyle krewki staruszek uparł się, jak ten osioł. Nie chciał przyjąć to wiadomości, że tymczasowe zawieszenie prac jest jedynym, logicznym rozwiązaniem. Co prawda do pory monsunowej brakowało jeszcze paru tygodni, jednak pogoda nie była łaskawa dla badaczy, a prognozy okazały się bezlitosne. W takich warunkach jakiekolwiek próby działania w terenie były jawnym marnowaniem sił oraz zasobów. Nie mówiąc już o narażaniu na niebezpieczeństwo słabo wyszkolonych, niedoświadczonych studentów. Ciągły deszcz, duchota, gwałtowne burze i lęgnące się na potęgę robactwo - przenoszące choroby - nie były w stanie przemówić do rozumu Friedrichowi. On już stracił cierpliwość do tego zawziętego dziada i był gotowy pogrzebać mu w zwojach mózgowych, jednak Ethan wziął na siebie bardziej... pokojowe negocjacje. Udało mu się spacyfikować staruszka, który wraz z archeologami uziemiony był w miasteczku, aż do odwołania. Seth ze swoją grupą ustalił zgoła inny plan działania. Zgromadzili tu naprawdę kosztowny sprzęt, wymagający opieki w równie niesprzyjających warunkach, więc choć jeden z nich powinien zawsze być na miejscu - dziś wypadała jego kolej. Z jednej strony za taką decyzją stały względy czysto techniczne, z drugiej... działo się tu coś dziwnego. Jeszcze przed ulewami lider grupy likwidacyjnej złożył mu obszerny raport. Poinformował ogara o śladach, jasno wskazujących na to, że wykopaliska budzą czyjeś regularne zainteresowanie i poprosił o wytyczne. Polecił, by ludzie Krodo zachowali dystans, obserwowali i nie podejmowali agresywnych działań, o ile nie będzie to absolutnie konieczne. Ktoś ewidentnie miał ten teren na oku, jednak nie wchodził w pole widzenia badaczy i nie zakłócał w żaden sposób ich spokoju. Sądząc po tropach, ta osoba kręciła się pośród drzew, więc wraz z chłopakami potajemnie rozmieścili niewielkie, podrasowane magią kamery, obejmujące czujnym wzrokiem punkty strategiczne. Tydzień temu na nagraniach po raz pierwszy zobaczyli ją... Wysoką, szczupłą kobietę o długich, zupełnie białych włosach. Ukryta między drzewami, przyglądała się wykopaliskom, najwidoczniej chcąc upewnić się, że badaczy nie ma na miejscu. Niepewnie ruszyła w kierunku masowego grobu, jednak nagle zatrzymała się, spojrzała w stronę kontenera z agregatem i po chwili wbiegła w gęsty gąszcz. Milo tamtego dnia pełnił wartę i korzystając z chwili spokoju, postanowił skontrolować wydajność sprzętu. Najpewniej dźwięk uruchamianego agregatu spłoszył dziewczynę. Wydał chłopakom polecenie, by w miarę możliwości zachowywali ciszę, aby sytuacja się nie powtórzyła. Codziennie uważnie oglądali nagrania, co pozwoliło im dostrzec pewien schemat. Kobieta przychodziła każdego dnia, późnym wieczorem, jednak nie podjęła już więcej próby wejścia w głąb obozowiska. Chowała się za drzewami i po prostu patrzyła. Pasowała im idealnie do opisu tej całej Białej Wiedźmy. Potężny huk rozdarł ciszę nocy. Poczuł, jak telefon przyroczony do paska lekko wibruje, więc sięgnął po niego automatycznie.
CZYTASZ
Córa rodu Phoenix.
FanfictionLady Vallerin Crown, córa rodu Phoenix - kobieta, której miłość do czarodzieja już raz złamała życie, po raz kolejny daje się wciągnąć w świat magii. Na prośbę swego przyjaciela, Albusa Dumbledore'a, wraca do Hogwartu, żeby mieć tam na oku młodego...
