W murach Indrahill panowała napięta, gęsta atmosfera. Ogary Wojny niecierpliwie oczekiwały powrotu swego pana, dawno już tracąc resztki cierpliwości. Każdy z nich otrzymał po południu taką samą, lakoniczną wiadomość, która nieuchronnie rozbudziła w nich uśpiony gniew.
Plany się zmieniły. Czekajcie w Indrahill.
Kolekcjoner
O co znowu mogło chodzić temu pojebowi, Merlin jeden raczył wiedzieć. Dragan nie bywał skłonny do zmiany raz powziętych zamiarów, przez swój niedorzeczny, chorobliwy wręcz upór – za każdym razem, gdy chcieli nakłonić go do skorygowania planów, musieli stoczyć istną batalię, a i tak niezmiernie rzadko przynosiło to jakiekolwiek rezultaty. Nieobliczalny król nie lubił spowiadać się ze swoich pomysłów i nie liczył się z niczyim zdaniem, jeśli wcześniej sam nie poprosił o radę. Czasem prowadziło to do wręcz kuriozalnych sytuacji, gdy wykonywali rozkazy, których sensu nie pojmowali – zawsze wychodzili na tym więcej niż dobrze, więc nauczyli się nie dyskutować, o ile nie uznawali twego za absolutną konieczność. Znudzony Lio od dłuższego czasu kręcił się niespokojnie w fotelu, czym z rozmysłem drażnił Akivę. Bliźniacy, swoim zwyczajem, siedzieli niemalże nieruchomo, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, co działo się wokół nich – potrafili zachowywać się jak dwa niewzruszone, kamienne posągi. Każdy z nich był wkurwiony i okazywał to na swój sposób. Laran początkowo chciał wypytać Ravena o co w tym wszystkim chodziło, jednak nie przyniosło to rezultatu, ponieważ były Łowca nie wiedział więcej, niż oni sami. Było to dość niecodzienne zważywszy na to, że niebieskooki czarodziej zwykle doskonale orientował się w zagmatwanych, skomplikowanych planach Kolekcjonera. Skoro turkusowooki nie wtajemniczył swojej prawej ręki – który był mu najbliższym doradcą – mogli spodziewać się niezłego syfu. Póki co pozostało im siedzieć jak banda debili i błagać przewrotną opatrzność, by przestała bawić się z nimi w równie okrutny, męczący sposób. Dosłownie w jednej chwili cała piątka poderwała się od stołu, zmrożona aurą, która zawładnęła cichym, ponurym zamczyskiem. Coś się zbliżało...coś, czego nie rozpoznawali. Coś tak upiornego, że sama świadomość realności tego zjawiska jeżyła włosy na karku. Zgodnie szykowali się do odparcia tajemniczej siły, którą przezorność kazała uznać im za intruza i wroga. Akiva zacisnął mocno szczękę, gotując się do nadciągającej bitwy. Pierwszą jego myślą była nieoczekiwana wizyta któregoś z Lordów Phoenix, a ich zainteresowanie sprawami Lutherów nigdy nie kończyło się dobrze. Co prawa w życiu nie spotkał innych Mistycznych poza Vallerin i Killianem, ale wiele od nich słyszał od Dragana i nie miał o tych mężczyznach najlepszej opinii. W jego głowie nikt poza Lordami nie mógł emanować czymś tak potężnym i przerażającym zarazem. Z każdą chwilą oddychali coraz to ciężej, jakby niedostrzegalna ręka uciskała ich klatki piersiowe z potworną, bezlitosną siłą, wyduszającą z nich resztki oddechu. Powietrze stało się niemalże namacalnie za ciężkie, by płuca mogły poradzić sobie ze swobodnymi wdechami. Boleśnie odczuwali każdy jeden oddech, a wrażenie to wzmocniło się, gdy drzwi saloniku ustąpiły z suchym trzaskiem. Do komnaty wkroczył niekwestionowany król tych włości. Ogary Wojny – cztery najgorsze pomioty, jakie ten zbolały świat kiedykolwiek gościł – poddały się bez reszty lodowatej, upiornej fali nieprzejednanego szaleństwa, która skutecznie odwiodła ich od wszelakich prób godnego powitania swego przywódcy. To co weszło do pomieszczenia...to nie był Dragan, jakiego znali. Istota krocząca dumnym, dominującym krokiem ku tronowi, wieńczącemu stół, w żaden sposób nie przypominała ich lidera...Lio nieświadomie zakrył usta dłonią, dostrzegając, że po każdym kroku kruczowłosego w marmurowej posadce zostawały wyraźne wgniecenia, głębokie na około centymetr. Głośno przełknął ślinę, nie mogąc oderwać oczu od tego przedziwnego zjawiska. Każdy z nich czuł wyraźnie – pomimo setek tysięcy okrucieństw, jakich sami dopuszczali się w ciągu dekad swojej marnej egzystencji – że to czego właśnie doświadczali...że ten na którego nie śmieli patrzeć bezpośrednio...to było zło w najczystszej, pierwotnej postaci. Luther co prawda zawsze posiadał nieco demoniczny, niepokojący urok przez swoje zaskakujące, unikatowe oczy, jednak teraz...teraz kroczyło pośród nich coś nieznanego. Coś, z czym za żadną cholerę nie chcieli się mierzyć. Zło. To było zło. Bezduszne, nieuniknione, nieskończenie wręcz destrukcyjne, a przez to zaskakująco odległe, choć znajdowało się tuż obok. Jeśli wcześniej Dragan mógł być nazywany bestią, to teraz...teraz stał się istnym monstrum. Żaden z nich nie wiedział, że właśnie obserwowali powrót potwora, stłamszonego stulecia temu, dzięki pieczęci.
CZYTASZ
Córa rodu Phoenix.
FanfictionLady Vallerin Crown, córa rodu Phoenix - kobieta, której miłość do czarodzieja już raz złamała życie, po raz kolejny daje się wciągnąć w świat magii. Na prośbę swego przyjaciela, Albusa Dumbledore'a, wraca do Hogwartu, żeby mieć tam na oku młodego...
