Vallerin, popijając letnią już kawę, czekała w salonie na przybycie Albusa. Obok niej niespokojnie krążył poddenerwowany Sten, nie potrafiący znaleźć sobie miejsca. Pani domu uprzedziła go, że panicz Dumbledore pod żadnym pozorem nie mógł dowiedzieć się o obecności pana Blacka w rezydencji - co majordomus był w stanie zaakceptować. Pomimo zrozumienia dla decyzji Lady, nie najlepiej czuł się z koniecznością zatajania prawdy przed dyrektorem. Podczas wizyty starszego czarodzieja w posiadłości, nawiązali serdeczną nić porozumienia, którą można było określić nawet jako zalążek czegoś na kształt przyjaźni. Albus był inteligentnym, dowcipnym, serdecznym człowiekiem o bogatym życiowym doświadczeniu, z którym łatwo było rozmawiać. W końcu starzec zawsze potrafił dogadać się ze starcem. Czarodziej i skrzat, mimo dzielących ich różnic, dzielili podobne troski, toczyli również niemal identyczną, beznadziejną, walkę ze stopniową utratą sił - tematów do dyskusji nigdy im nie brakowało. Sten spędzał z Albusem sporo czasu, dzięki czemu wypracowali sobie wspólny rytuał. Każdego wieczoru siadywali w głównej bibliotece i toczyli długie, niezobowiązujące dysputy o swoich przeżyciach - tylko Dumbledore, poza błękitnooką, dostąpił zaszczytu poznania burzliwej przeszłości Stena, z jej najmroczniejszymi cieniami. Majordomus westchnął ciężko, spoglądając przez okno na las okalający rezydencję. Jego osobiste sympatie nie miały najmniejszego znaczenia. Wola Lady Crown była dla niego rozkazem, który powinien bez zawahania wykonać, dokładając do tego należytej staranności. Samej Lady również nie mogło być łatwo, co widział doskonale na jej zatroskanej, litościwej twarzy. Trzymanie pod dachem poszukiwanego za liczne zbrodnie skazańca, prędzej czy później musiało nastręczyć im problemów. Sten początkowo zakładał, że to jemu przypadnie w udziale przebiegłe ukrycie pana Blacka na czas wizyty Albusa, jednak to Dragan zajął się tym osobiście - na swą wyraźnie wyartykułowaną prośbę. Może tak było najlepiej? Narwany panicz Luther miał olbrzymią wprawę w podobnych gierkach i potrafił doskonale obchodzić się ludźmi, jeśli oczywiście miał w tym swój cel. Kruczowłosy zabrał byłego więźnia w jedyne miejsce, do którego nikt nie miał dostępu bez bezpośredniej zgody gospodyni - ukrytej w podziemiach pracowni. Wydawało się to najbezpieczniejszym, najbardziej oczywistym posunięciem, jednakże sama misja nie należała do najprostszych i wybór lokacji nie zmienił tego w znacznym stopniu. Syriusz, z niekwestionowanych względów, nie mógł zostać wtajemniczony w zażyłą, przyjacielską relację gospodyni oraz dyrektora Dumbledore'a. Było znacznie za wcześnie na podobne, z samej swej natury, trudne rozmowy...uciekinier dopiero zaczynał budować wzajemne zaufanie z mieszkańcami posiadłości. Erin robiła wszystko, żeby Syriusz poczuł się swobodnie w jej domu, lecz był to proces długotrwały, zakładający obopólne zaangażowanie i narażony na nieoczekiwane zwroty akcji. Cieniutka, karmazynowa wstążka, którą udało jej się złączyć los pana Blacka z własnym, była zanadto krucha i chybotliwa, żeby pochopnie narażać ją na potencjalnie destrukcyjny wstrząs. Szarooki cały czas przyzwyczajał się do otaczającej go rzeczywistości, całkowicie różnej od więziennego koszmaru, niepokojąco ostrożnie dawkując sobie przywileje wolności. Kiedy Lady na niego patrzyła, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że nieustannie wyczekiwał chwili, w której to wszystko się skończy, a on obudzi się w lodowatej, zawilgotniałej celi. Czasem bywało, że teraźniejszość oraz przeszłość zlewały się w jego zdewastowanym umyśle, przez co odcinał się od wszystkiego i wszystkich - takie stany były najgorszymi z możliwych, głównie przez to, iż musiał je pokonać o własnych siłach. Wciąż zdarzało mu się nazywać pannę Crown imieniem tragicznie zmarłej przyjaciółki, a ją za każdym razem bolało wyprowadzanie go z błędu...kiedy mówił do niej Lily lub Evans jego oczy błyszczały szczerą radością, która znikała natychmiast, gdy uświadomił sobie pomyłkę. Potrafił w jednej chwili wyglądać na najszczęśliwszego młokosa na świecie, by ledwie sekundę później powtórnie stać się udręczonym mężczyzną o przygaszonym, mętnym spojrzeniu kogoś, kto poddał się dawno temu. Pocieszało ją jedynie to, że coraz chętniej wybierał się na samotne wycieczki i częściej wchodził w interakcje ze skrzatami, nieraz nieśmiało pytając je o pracę dla tajemniczego rodzeństwa. Ani ona, ani Dragan nie mieli najmniejszego zamiaru hamować narastającej ciekawości ich gościa - nie uwolnili go przecież z Azkabanu, żeby zrobić z niego więźnia tutaj. Turkusowooki poświęcał czarodziejowi sporo uwagi, co w jego przypadku mogło okazać się równie dobrze pomocne, jak i kłopotliwe. Luther spełnił życzenie Syriusza, zaopatrując go we wszystkie wydania Proroka Codziennego, które ukazały się podczas jego pobytu w więzieniu - tam co prawda mógł dorwać się do gazety, były to jednak przypadki marginalne, uzależnione od dobrej woli personelu. Kruczowłosy codziennie siedział z Blackiem przez kilka godzin, cierpliwie uzupełniając wszelkiej maści luki, jakie pozostawały po lekturze - częstokroć wątpliwej jakości - prasy. Dragan, chociażby z racji tego czym się zajmował, regularnie zasięgał języka od niezliczonej rzeszy informatorów, dzięki czemu doskonale orientował się w bieżącej sytuacji na terenie Wielkiej Brytanii - pomimo tego, że od ładnych kilku lat nie bywał w kraju na dłuższy czas. Całymi godzinami dyskutował z Syriuszem o okolicznościach bardziej znaczących zdarzeń, przedstawiał sylwetki liczących się osobistości, objaśniał afery swego czasu trzęsące opinią publiczną oraz wymieniał kontrowersyjne zmiany, wprowadzane przez Ministerstwo. Nadmiar informacji szybko przytłoczył czarodzieja, więc skupił się na jednej sprawie, która szczególnie go bulwersowała: fakcie zajmowania przez Lucjusza Malfoy'a wysokiego stanowiska w strukturach ministerialnych. Krew go zalewała na samą myśl o tym, że ten obrzydliwy, lojalny swemu panu Śmierciożerca tak łatwo wywinął się od kary - choć co do jego winy wątpliwości być nie mogło - podczas gdy on przesiedział ponad dekadę w Azkabanie. Luther zaciągnął byłego więźnia do pracowni, właśnie pod pretekstem dokładniejszego wyjaśnienia tego osobliwego fenomenu, co dawało Vallerin przynajmniej dwie godziny względnego spokoju. Ukradkowo zerknęła na zegar i odłożyła pustą filiżankę, zaczynając poważnie się niepokoić - Albus jak na złość akurat dziś musiał się spóźniać. Przyjaciel bardzo uważał na to, by nie kazać jej na siebie czekać, zazwyczaj pojawiając się przed wyznaczoną godziną, dlatego uznała opóźnienie za niepasujące do jego charakteru, a przez to odrobinę alarmujące. Poderwała się ze zdobnego fotela, po czym w ślad za swoim majordomusem, zaczęła łazić bez większego celu po salonie. W ich obecnej sytuacji czas odgrywał kluczową rolę. Nie mogli dopuścić do tego, by Syriusz poczuł się zamknięty bądź przetrzymywany w podziemiach - mogłoby to zniweczyć postępy i cofnąć ich do samego początku. Już traciła cierpliwość, gdy odetchnęła z ulgą, widząc w progu Albusa w towarzystwie jednego z zajmujących się posiadłością skrzatów.
CZYTASZ
Córa rodu Phoenix.
FanfictionLady Vallerin Crown, córa rodu Phoenix - kobieta, której miłość do czarodzieja już raz złamała życie, po raz kolejny daje się wciągnąć w świat magii. Na prośbę swego przyjaciela, Albusa Dumbledore'a, wraca do Hogwartu, żeby mieć tam na oku młodego...
