Dragan, pod osłoną nocy, opuścił Wrzeszczącą Chatę i przystanął ledwie kilka metrów od niej, sięgając po papierosa. Wyciągnął tandetną, bezwartościową zapalniczkę, przy okazji naciągając głębiej kaptur. Spojrzał na swoją dłoń, obrzydzony tym co widział - pieprzony kawałek lśniącego metalu palił go żywym ogniem, utrwalając na jego skórze piętno porażki. Brakowało mu ukochanej zapalniczki...tej samej, która niezmiennie przypominała mu o Vallerin, stając się jego światełkiem w najgorszych chwilach. Podniósł powoli głowę, by spojrzeć w nocne niebo. Nieboskłon był ciemny, pozbawiony pocieszającego blasku gwiazd i zasnuty ciężkimi, ponurymi chmurami - tak jak jego myśli. Miał serdecznie dość. Rozmowa z Blackiem znużyła go do tego stopnia, że zaczął marzyć wyłącznie o powrocie do Hogwartu, by w jego murach zaznać chwili wytchnienia. Lata doświadczenia nauczyły go perfekcyjnie symulować bogatą paletę różnorodnych, przekonujących osobowości. Nigdy nie miał problemów z udawaniem kogoś innego, jednak Syriusz zdążył poznać dwa jego oblicza - spokojnego, wyrozumiałego Kaia o gładkiej gadce oraz to prawdziwe, skrywające się pod misterną maską doktora plagi. Mając na uwadze wszystkie okoliczności, zmuszony był zachować szczególną ostrożność podczas odgrywania swojej najbardziej znienawidzonej roli. Robił co powinien, żeby rozmówca nie odniósł wrażenia, że spotkali się już wcześniej. Grał wyśmienicie (jak zawsze), choć okupił to niemałym wysiłkiem. Ciągła dbałość o brzmienie barwy głosu, odpowiednią intonację oraz unikanie powtarzania typowych dla niego zwrotów wykończyły go do cna. Odsunął papierosa od ust, wypuszczając dym przez zaciśnięte zęby. Przez chwilę obserwował jak mleczny obłoczek rozmywa się w chłodnych podmuchach wiatru, dostrzegając w tej scenie coś niemalże metafizycznego. Uśmiechnął się półgębkiem. Chyba był mocno zmęczony, skoro doszukiwał się czegoś znacznie więcej w tak prozaicznym widoczku. Ostatnia doba porządnie dała mu w kość i dopiero teraz, wywiązawszy się ze wszystkich obowiązków, zaczynał to odczuwać w całej okazałości. Czuł nieprzyjemne napięcie mięśni karku, któremu towarzyszyła irytująca ociężałość. Początkowo nie wiedział, co było źródłem tego przedziwnego stanu, a gdy w końcu się domyślił, odpowiedź wyjątkowo mu się nie spodobała. Najwidoczniej, po raz pierwszy w życiu czuł się przytłoczony i nieszczególnie sobie z tym radził. Próbował walczyć z paskudnym uczuciem, jednak nie przyniosło to większych rezultatów - jego myśli bez przerwy uciekały ku Lady Crown. Nie potrafił przestać myśleć o kobiecie, której wieki temu ofiarował wszystko, co uznał za godne sprezentowania równie wspaniałej istocie - swoje życie oraz duszę. Niewyraźne widma poczucia winy stawały się coraz wyraźniejsze, przygniatając jego barki swym ciężarem. Zawiódł ją. Powtarzał sobie, że Sammy wszystkim się zajmie i już niedługo zwróci im Vallerin. Nieoczekiwanie wezbrała w nim wściekłość. To właśnie poleganie wyłącznie na Samaelu, kiedy on sam nie mógł zrobić absolutnie nic, uwierało mu najbardziej! Stojąc w bezruchu mimowolnie analizował słowa Ariena i Damona - chociaż zrobił to już kilkadziesiąt razy - starając się dociec, z czym tak właściwie mieli do czynienia. Im uporczywiej roztrząsał ten temat, tym mętniejszy stawał się obraz - prawda była taka, że nie miał bladego pojęcia co działo się z Vallerin. Trwanie w niepewności powoli przeobrażało się z irytującej niedogodności w najprawdziwsze przerażenie. Wciąż i wciąż jego świadomość raniły bezwzględne ostrza bolesnych, trudnych pytań na które nie znał odpowiedzi. Czy jego pani była bezpieczna? Cierpiała? Krzyczała ze wszystkich sił jego imię, a on pozostawał głuchy na jej wezwania? Był tak ohydnie słaby... bezużyteczny, niczym papierowa tarcza. Niesiony kolejnym przypływem złości, rozgniótł w dłoni papierosa, pozwalając, by żar rozpalił jego skórę oczyszczającą porcją lekkiego bólu. Przygryzł dolną wargę na tyle mocno, że poczuł w ustach smak własnej krwi - cholernie obrzydliwej i bezwartościowej. W tym momencie, jak jeszcze nigdy, brzydził się tym mizernym posmakiem klęski. Mając dość sterczenia w miejscu, ruszył niespiesznie zadbaną ścieżką w stronę zamku, chcąc ukoić nerwy monotonną przechadzką. Osiągnął efekt dokładnie odwrotny od zamierzonego - każdy kolejny krok stawał się mocniejszy i nasycony dławioną furią. Oddychał coraz ciężej, podczas gdy do jego uszu docierała znajoma melodia. Cichy, kojący śpiew wzywał go do wyzwolenia się z przytłoczenia, za pomocą brutalnej, pierwotnej siły. Nęcony nostalgiczną pieśnią nabrał niewyobrażalnej wręcz ochoty na zabawienie się w sposób, który lubił najbardziej. Przymknął powieki, przywołując obraz własnych dłoni skąpanych w krzepnącej purpurze - niemal czuł jej przyjemną, ciepłą lepkość oraz subtelny, metaliczny zapach. Otworzył oczy pozwalając, by lodowata, srebrzysta poświata na dobre przyćmiła głęboki turkus. Był wygłodniały... jak dzika bestia zbyt długo trzymana w ciasnej klatce. Troski powolutku zaczynały odsuwać się w cień, ustępując miejsca nieposkromionej, dzikiej żądzy. Obok nie było Vallerin. Zabrakło jedynej osoby, która potrafiła dać mu wewnętrzną siłę do utrzymania w ryzach tego, czym był bez mała od dnia narodzin - potwora, czającego się w najmroczniejszych odmętach Otchłani. Polowanie... jedynie o tym był w stanie myśleć.
CZYTASZ
Córa rodu Phoenix.
FanfictionLady Vallerin Crown, córa rodu Phoenix - kobieta, której miłość do czarodzieja już raz złamała życie, po raz kolejny daje się wciągnąć w świat magii. Na prośbę swego przyjaciela, Albusa Dumbledore'a, wraca do Hogwartu, żeby mieć tam na oku młodego...
