Od przeprowadzenia rytuału minęło ponad 12 dni. Vallerin i Dragan wrócili do w miarę spokojnego, szkolnego życia, na nowo wciągając się w standardowe obowiązki. Panna Crown skupiała się na utrzymaniu relacji z kłopotliwymi uczniami i delikatnie pchała zwaśnione domy ku niestabilnemu rozejmowi. Luther ciągłym jęczeniem wymusił na Severusie przekazanie mu większej ilości praktycznej roboty, dzięki czemu w ciągu ostatnich dni niemal samodzielnie prowadził zajęcia z eliksirów, dla młodszych roczników - zawzięcie ignorując Ponurego. Kojący, poukładany rytm funkcjonowania Hogwartu dał im obydwojgu chwilę oddechu od koszmaru, dziejącego się poza linią horyzontu. Tutaj mogli odpocząć od starć z Lordami i wizji nadciągającej nieuchronnie wojny, choć stale mieli te kwestie na uwadze. Black, pod okiem Ravena, wdrażał się w funkcję dowódcy łączników i wedle opinii byłego Łowcy, odnajdywał się w tym coraz lepiej. W chwili obecnej przebywał w Indrahill, gdzie miał odebrać plik codziennych raportów. Kruczowłosy siedział w swoim gabinecie, sprawdzając pokaźny stosik wypracowań młodych czarodziei. Początkowo ostro działało mu to na nerwy, jednak powoli dostrzegał w tym szansę, na zabicie czasu, zanim szarooki czarodziej wróci. Zdenerwował się, zamaszystym pismem poprawiając bzdurę, którą wielu uczniów powielało w swoich pracach z uporem maniaka. Tłumaczył im dziesiątki razy, że nitka pręcikowa i pylnik to dwie, zupełnie różne, części kwiatu i nie można było ich opisywać zbiorczo, jako pręcik. W przypadku niektórych mikstur, pomylenie tych terminów mogło zakończyć się, nieco komiczną, katastrofą. Przymknął oczy i oparł kark na ramie fotela. Przestawał się dziwić, dlaczego Snape był wiecznie taki wkurzony. Odpłynął myślami w kierunku, który ostatnio stał się jego mini obsesją. Od pięciu dni nie otrzymał żadnych wieści z rezydencji. Przynajmniej dwa razy dziennie truł Blackowi ten seksowny tyłeczek, ale nic to nie dawało. Raven milczał. Przez chwilę chciał nawet skontaktować się ze staruszkiem Stenem i zapytać w prost, co się działo, jednak zrobiło mu się jakoś tak...głupio. Ravi był doświadczonym żołnierzem, który potrafił o siebie zadbać w każdych warunkach, a sama rezydencja z całą pewnością zaliczała się do wąskiego grona miejsc bezpiecznych. Nie powinien się o niego martwić, więc o co do cholery chodziło jego durnemu, przegrzanemu mózgowi?! Czasem bywało, że przez to ciężko było mu się skupić na robocie i bywał z tego powodu zwyczajnie wkurwiony. Wprawnie sięgnął po papierosa, odpalił go i wetknął między wargi. Kiedy filtr zetknął się z jego skórą, powróciły myśli, które nie dawały mu spokoju. Cały czas wyczuwał na swoich wargach mrowienie, pozostawione przez usta Strażnika. Nieustannie frustrowało go to, że ten uparty facet nie odwzajemnił pocałunku, chociaż wszystko wskazywało, iż powinien tego chcieć. Westchnął przeciągle, sięgając po butelkę szkockiej. Nie rozumiał uczuć, ale był dobry w rozczytywaniu ludzi, z czego bardzo często korzystał. Od kiedy sięgał pamięcią, niedorzecznie rzadko się mylił, więc dlaczego u licha tym razem było inaczej?! Czemu Ravi musiał być tak absurdalnie trudny i odporny na jego drobne gierki? Pociągnął kilka łyków alkoholu i odstawił butelkę, czując łaskoczącą kroplę wody, spływającą po jego palcach. To wskazało jego chaotycznemu umysłowi nowy kierunek bezsensownych rozważań. Trzymanie dłoni Ravena znacznie różniło się od zetknięcia z delikatnymi, milusimi dłońmi kobiety. Jego ręce były znacznie większe, szorstkie, silne i naznaczone chropowatymi bliznami, ale ich dotyk...był zaskakująco przyjemny. Uśmiechnął się pod nosem, wypuszczając dym spomiędzy lekko uchylonych warg. Nigdy wcześniej nie rozmyślał o dłoniach innego faceta, o ile nie wiązało się to z chwilą zastanowienia, zanim odrąbie je od ciała wroga. Nie zdarzało mu się zwracać większej uwagi na niuanse, ani nie czuł potrzeby analizowania ich - łapy, jak łapy. Raven miał dość dużą bliznę na wewnętrznej części prawej dłoni oraz paskudnie wyglądające szramy, na lewym nadgarstku. Nie miał pojęcia, skąd się wzięły. Nie pytał, bo i po co? Znał przeszłość jednookiego, dlatego pozostawił takie rzeczy w sferze domysłów, czemu więc nagle zaczęło go to obchodzić? A ta blizna na jego szyi, tuż za lewym uchem? Wyglądało to na mało zgrabne, niezbyt głębokie cięcie ostrzem. Kiedy się tego dorobił? Już podczas służby w Legionie, czy znacznie, znacznie wcześniej? Zazgrzytał zębami, po czym zgasił papierosa na grzbiecie dłoni. Chciał wiedzieć! Chciał o tym z nim porozmawiać i wkurwiało go to, że nie mógł - Ravi dość dosadnie się od niego odciął. Teraz był Strażnikiem Vallerin. Mógł im pomagać ze sprawami Legionu, ale jego miejsce było przy niej. Nie powinien i nie chciał z tym dyskutować, zdając sobie sprawę ze znaczenia tego tytułu, ale czuł się jakoś...dziwnie. Złotooki nie będzie już dłużej stał za jego plecami, milcząco wspierając go nieludzkimi pokładami spokoju.
CZYTASZ
Córa rodu Phoenix.
FanfictionLady Vallerin Crown, córa rodu Phoenix - kobieta, której miłość do czarodzieja już raz złamała życie, po raz kolejny daje się wciągnąć w świat magii. Na prośbę swego przyjaciela, Albusa Dumbledore'a, wraca do Hogwartu, żeby mieć tam na oku młodego...
