Raven w milczeniu obserwował, jak Black pakuje kufer. Zwinnym ruchem zabrał złożoną koszulkę, zanim czarodziej zdąży wcisnąć ją do torby.
- Zostań - zwrócił się do przyjaciela.
- To kiepski pomysł - uśmiechnął się blado.
- Syriusz - westchnął Strażnik - on nie chciał wymierzyć w ciebie, tylko w Lin. Odpuść trochę. Nie poświęcaj czasu z Vallerin, z powodu Albusa.
Black wygrzebał z kieszeni papierośnicę i usiadł na podłodze, opierając się plecami o łóżko. Odpalił fajkę, zaciągając się głęboko.
- Jestem zmęczony, Marco - uniósł kącik ust, w namiastce uśmiechu. - Zmęczony oszukiwaniem się, że po tych wszystkich latach... - po jego policzkach spłynęły łzy - mam jeszcze cokolwiek, do czego mógłbym wrócić. Świat który znałem, już nie istnieje. Przyjaciele, którzy nie zginęli, nie są już dłużej tymi, których zapamiętałem.
Griffin zebrał się z łóżka i usiadł obok kumpla, częstując się fajką. Oparł skroń o bark czarodzieja.
- Wszyscy moi dawni przyjaciele już pewnie dawno temu zginęli - wziął bucha. - Nawet jeżeli żyją, próbowaliby mnie zabić bez zawahania, gdybyśmy się spotkali. Pomimo okropnych wspomnień, czasem tęsknię za miejscami, które znałem i ludźmi, którzy mnie wychowali. Czy naprawdę tak okropną wizją jest to, że masz teraz nową rodzinę?
- Nie - zaśmiał się gorzko. - Po prostu jeszcze nie pogodziłem się z tym wszystkim.
- Pielęgnuj przeszłość, ale nie zamykaj się na przyszłość. Cenimy cię - objął kompana ramieniem - za to kim jesteś, a nie kim byłeś. Może i kiepsko zaczęliśmy, ale teraz jesteś jednym z moich najbliższych przyjaciół. Prawdopodobnie niezręcznie to wyrażam i trudno zauważyć, jednak tak właśnie czuję. Nie jestem najzręczniejszy w kontaktach międzyludzkich - uśmiechnął się kącikiem ust.
- Chwila, w której pozwoliłeś mi mówić do siebie po imieniu, była jedną z najprzyjemniejszych w moim życiu - Black odwzajemnił uśmiech. - Nie przeszkadza mi twój sposób bycia. Gesty mówią wystarczająco, słów nie potrzebuję.
- Skoro już się żalę, chcesz posłuchać więcej?
- Pewnie - poprawił się, by Ravenowi było wygodniej.
- Nie pamiętam niczego, z życia przed wcieleniem do Łowców - westchnął, wydychając dym. - Nie pamiętam rodziców, ani rodzinnego domu. Zupełnie, jakbym urodził się już w obozie treningowym. O tym, jakie imię nadali mi rodzice dowiedziałem się dopiero jako dorosły człowiek. Handlarze pracujący dla Łowców porwali mnie z okolic Cardiff w Wali, kiedy miałem jakieś 4 może 5 lat. Słowa nie potrafię powiedzieć po walijsku, ale hiszpańskim władam biegle - uśmiechnął się krzywo. - Odcięli mnie całkowicie od korzeni. Nie znam ani języka, ani kultury moich przodków. Łowcy to był cały mój świat. Miałem swoich braci. Towarzyszy broni, z którymi spędzałem każdą minutę życia. Patrzyłem jak część z nich ginie, bez większego żalu. Nie wolno nam było okazywać litości, ani żałoby po utracie bliskich osób. To oznaczałoby nieakceptowalną słabość. Idąc za Draganem musiałem porzucić wszystko, co kiedykolwiek znałem. Zostawić za sobą ludzi, którzy w okrutny sposób, ale jednak się mną opiekowali. Wychowali od dzieciaka. Dołączenie do Legionu było szokiem - roześmiał się ponuro. - Na tyle dużym, że kilka razy rozważałem powrót. Mam parę miłych wspomnień z przeszłości wśród Łowców i osób, za którymi szczerze tęsknię. Nie mam jednak do czego wracać - zgasił papierosa. - Dezercja oznacza wyrok śmierci i nawet Carlo, mój najbliższy druh z dawnych lat, nie mrugnął by okiem, celując we mnie. Wiem, że Łowcy wciąż działają. W ich szeregach są osoby, które dobrze znałem i służyłem wraz z nimi. Po tych wszystkich latach pewnie dorobili się wysokich stopni, będąc częścią machiny, która ograbiła nas ze wszystkiego.
CZYTASZ
Córa rodu Phoenix.
FanfictionLady Vallerin Crown, córa rodu Phoenix - kobieta, której miłość do czarodzieja już raz złamała życie, po raz kolejny daje się wciągnąć w świat magii. Na prośbę swego przyjaciela, Albusa Dumbledore'a, wraca do Hogwartu, żeby mieć tam na oku młodego...
