Sekret rezydencji

3.2K 217 233
                                        


Sten samotnie zszedł do podziemnej pracowni. Miał przygotować wszystko do otwarcia sali ceremonialnej i zaczekać na swoją panią, która w chwili obecnej omawiała z pozostałymi skrzatami kwestie organizacji rezydencji, na czas przeprowadzenia rytuału. Już w środę ich wspólny dom miał stać się tymczasowym azylem dla licznych gości, mających uczestniczyć w tajemniczym obrzędzie. Pokoi nigdy im nie brakowało, jednak godne przyjęcie ponad dziesięciu gości zaburzało rutynę dnia codziennego. Dodatkowym problemem było to, że przebywać tu jednocześnie mieli zarówno Albus jak i panicz Black, a takie rozwiązanie z całą pewnością mogłoby okazać się kłopotliwe, bez wcześniejszego ustalenia szczegółów. Staruszek westchnął nieznacznie, przysunął drabinę do ogromnego kominka i wspiął się po drewnianych szczeblach. Ostrożnie zdjął wiekowy portret lorda Imeriona, za którym znajdował się niewielki sejf, obłożony kilkoma zaklęciami ochronnymi. W posiadłości znajdowało się pięć sejfów, ale to ten był najważniejszym spośród nich. O jego istnieniu nie wiedział nikt, prócz Lady oraz jej zaufanego, skrzaciego doradcy. Wprawnie zdjął zaklęcia, po czym otworzył drzwiczki za pomocą kodu, który pamiętał znacznie lepiej od daty własnych urodzin. Z najwyższą uwagą wyciągnął z wnętrza niewielką, srebrzystą fiolkę, wypełnioną nieznanym mu płynem i zamknął sejf, powtórnie zasłaniając go obrazem. Zszedł z drabiny, mocno trzymając zagadkową miksturę. Niczego od niej nie wyczuwał, co wydawało się niecodzienne - zazwyczaj każdy magiczny przedmiot roztaczał delikatną aurę. Idąc w stronę magazynu nieustannie wpatrywał się w ciemny płyn, podświadomie próbując go zidentyfikować. Mógł się jedynie domyślać jego pochodzenia, ponieważ nie miał najmniejszego zamiaru zadawać swojej pani pytań, które mogłyby uchodzić za bezczelne. Nie mógł wymagać od Lady tłumaczenia się z czegoś, o czym z całą pewnością mówić nie chciała - zdążył zaakceptować to, że ta kobieta miała swoje tajemnice. Przedarł się przez sąsiadujący z podziemną pracownią magazyn i zatrzymał się przed ścianą, w całości zagospodarowaną półkami na różnorodne, pomniejsze artefakty. Nie za bardzo wiedział, do czego mogła służyć większość z nich i tak na dobrą sprawę rzadko bywał w tej części rezydencji. Panna Crown osobiście dbała o imponujący zbiór magicznych przedmiotów, ponieważ wiele z nich było skrajnie niebezpiecznymi rzeczami, o wyjątkowo niewinnej powierzchowności. To w magazynie jej posiadłości lądowały artefakty, których Legion nie był w stanie odpowiednio przebadać ani zabezpieczyć - nie mówiąc już o wykorzystaniu. Łaskawa gospodyni często poświęcała swój wolny czas, na rozpracowanie bardziej interesujących przypadków i przekazanie ich współpracownikom Dragana, wraz z opracowanymi wytycznymi odnoście działania oraz zabezpieczeń. Bywało, że niektóre egzemplarze okazywały się zwyczajnymi bublami, wprowadzonymi do obrotu przez przedsiębiorczych spekulantów, zdolnych do przekonania naiwnych czarodziei o ich niesamowitych właściwościach. Król podziemia również z takich niewypałów potrafił wyciągnąć korzyści, częstokroć sprzedając je za niemałe kwoty do muzeów, w których brakowało rozgarniętych specjalistów, mogących zauważyć przekręt. Stary majordomus westchnął cicho i uważnie przesuwał wzrokiem po półkach, szukając tej jednej konkretnej. Pracował dla Vallerin od wielu lat. Trafił pod jej skrzydła niedługo po tym, jak jego butne marzenia o rebelii skrzatów spełzły na niczym. W tamtych czasach był młody, arogancki i waleczny, za co zapłacił zdrowiem - niewiele brakowało, by okupił rewoltę życiem. Znał rezydencję jak własną kieszeń i zawsze sądził, że mógłby swobodnie poruszać się po niej na ślepo, nie tracąc ani na moment orientacji. Było tylko jedno miejsce, którego nigdy nie widział na oczy. Sala ceremonialna. Słyszał o jej istnieniu od Gurela, swego szlachetnego poprzednika, po którym przejął nieformalny tytuł przełożonego wszystkich pracujących tu skrzatów. Gurel ponoć ledwie raz był w sali ceremonialnej, towarzysząc swej pani, a jej wspomnienie nie opuściło go do końca życia. Wypowiadał się o niej jak o miejscu wyjątkowo spokojnym, cichym i niewytłumaczalnie niepokojącym, pochłoniętym przez niewzruszony, głęboki mrok. Sten nie wiedział, jak interpretować słowa poprzednika, więc zwykle przytakiwał mu i nie zadawał pytań, zdając sobie sprawę ze słusznego wieku Gurela i jego skłonności do dramatyzowania. Dziś miał się przekonać, czy opowieści poprzedniego majordomusa były prawdziwe, czy przekoloryzowane. W końcu zauważył to, o czym mówiła mu Vallerin - pękaty, gliniany wazon z jakimiś egzotycznymi, bogatymi zdobieniami. Za pomocą magii ściągnął go z półki i ustawił stabilnie na podłodze, nie mając ochoty zbliżać się zanadto. Lady poleciała mu wlać ciecz z sejfu do wazonu i poczekać, aż do niego dołączy, co też uczynił. Niespokojnie zerkał przez ramię, z jakiegoś powodu czując się nieswojo. Nie podobało mu się to naczynie. Wydawało się jakieś takie...wygłodniałe, czego wyjaśnić nie potrafił. By uspokoić myśli, zaczął powtarzać sobie plan na następne dni. Dziś mieli zając się przygotowaniem sali ceremonialnej oraz powierzchni mieszkalnej, by zapewnić gościom należny komfort. Wieczorem lub jutrzejszego ranka miał pojawić się panicz Ethan, po którego osobiście wyruszył mężczyzna o imieniu Akiva. Jutro spodziewali się również przybycia panicza Uriena oraz panicza Dumbledore'a, możliwe że w towarzystwie profesora Snape'a lub profesor McGonagall. W środę około godziny dwunastej doktor Q miał przybyć do rezydencji wraz z Ravenem, Draganem, Syriuszem oraz panią Bastet. Skrzaty zajęły się już przygotowaniem odpowiedniego pokoju, w którym ekipa medyczna mogła bez problemu zaopiekować się poszkodowanym. Rankiem Sten wysłał kilku swoich współbraci do Indrahill, by ustalili z doktorem wymagane wyposażenie oraz listę niezbędnych medykamentów. Z tego co wiedział, rezydencję miało odwiedzić czterech przybranych braci Dragana oraz Ethana, o których do tej pory niewiele słyszał. Imiona Jean, Lio, Akiva i Liam niewiele mu mówiły, a ich twarzy nie znał wcale. Spodziewał się, że byli członkami organizacji kruczowłosego i zastanawiał się, dlaczego nie odwiedzali rezydencji, skoro najwidoczniej byli Lutherami. Raz jeden zapytał o to Vallerin, która odpowiedziała mu tak, jak zawsze, gdy nie chciała czegoś wnikliwie poruszać. Skomplikowane sprawy rodzinne. Nienawidził tego zdania z całego swego serca! Miał olbrzymi żal do braci swojej pani, a także paniczów Luther, jednak niewiele mógł z tym zrobić. Nie, żeby nie próbował! Niejednokrotnie ścierał się z tą bandą niepoprawnych uparciuchów, jednak jego zdanie nie miało dla nich większego znaczenia. Wiedział doskonale o tym, że żaden z Lordów nie pokarał go za bezczelność śmiercią, tylko i wyłącznie ze względu na Lady. Uśmiechnął się szeroko, wracając myślami do znacznie przyjemniejszej niespodzianki. Zastanawiał się, gdzie ulokować panicza Blacka, by nie mógł przypadkiem wpaść na Albusa. Chciał zasięgnąć rady panny Crown, która z uroczym rumieńcem oznajmiła mu, że ona oraz Syriusz będą dzielić jej pokój. Skrzaty służące Lady przez stulecia doskonale wiedziały o tym, że próżno było wyczekiwać mężczyzny, który mógłby stać się stałym mieszkańcem tych włości. W przeszłości często podejmowano próby wyswatania przepięknej panienki z jakimś godnym kawalerem, jednak zawsze kończyło się to spektakularnym fiaskiem, o którym kolejne pokolenia skrzatów dyskutowały szeptem. To właśnie usilne wciskanie płomiennowłosej jednego z kandydatów, doprowadziło do tego, że w końcu straciła cierpliwość i przegnała z rezydencji odpowiedzialnego za to skrzata - pierwszy i ostatni raz w historii. Sten odetchnął głęboko, tłumiąc narastające wzruszenie. Panicz Black był dobrym, wrażliwym, troskliwym człowiekiem, któremu z całą pewnością zależało na Vallerin, a czegóż więcej mógł chcieć ojciec dla swej córki? Pamiętał doskonale o sprawie Salazara oraz staraniach lorda Imeriona, by zakończyć ten nieszczęsny związek, ale nie chciał ślepo stawać na drodze do szczęścia Erin. Zamierzał przyglądać się rozwojowi relacji między tą dwójką i w razie absolutnej konieczności przerwać to wszystko, gotów nawet na poproszenie o pomoc Dragana. Póki co zwyczajnie się cieszył. Vallerin pomimo pozorów jakie stwarzała, była samotna w swojej wielkiej, cudownej posiadłości, okalanej nietkniętą puszczą. Martwiła go wyłącznie jedna rzecz i czuł się z tym paskudnie. Harry Potter. Swego czasu dość sporo rozmawiał z Syriuszem o jego chrześniaku i wiedział, że czarodziej był zdeterminowany, by zaopiekować się chłopcem. Tu pojawiała się przeszkoda, mogąca położyć kres dopiero rodzącemu się związkowi z panną Crown. Pan Potter miał nigdy nie dowiedzieć się o istnieniu Lady, a to oznaczało, że powinien trzymać się jak najdalej od rezydencji. Logistycznie wyglądało to mocno nieciekawie. Panicz Black mógł mieszkać gdzieś poza posiadłością i teoretycznie, gdy Harry był w szkole, nic nie stawało na przeszkodzie, by widywał się z ukochaną. W praktyce jednak, Vallerin czuwała nad jego chrześniakiem w Hogwarcie i spędzała tam większość swojego czasu. Uczniowie oraz przeważająca część nauczycieli znali ją jako wnuczkę dyrektora, a spotykanie się młodziutkiej czarownicy z ponad trzydziestoletnim mężczyzną...z daleka śmierdziało skandalem. Nie mówiąc już o tym, jak potwornie musiałby poczuć się Harry, gdyby jego ojciec chrzestny nagle zaczął prowadzać się z dziewczyną, w której widział przyjaciółkę oraz rówieśnicę. Westchnął ciężko, brutalnie wracając na ziemię. Nic nigdy nie mogło być za proste, prawda? Chciał szczęścia córki i zamierzał wspierać ją, jak tylko będzie potrafił. Może wszystko się wyjaśni, panicz Black odzyska dobre imię i będą mogli polegać na wsparciu Albusa? Któż wie. Jego zadaniem było stanie murem za swą panią, tak jak robił to od wielu lat.

Córa rodu Phoenix.Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz