Gallatea pospiesznie zbiegła do Pokoju Wspólnego, usilnie poprawiając ramię torby, zsuwającej się z jej szczupłego barku. Kolejną już noc poświęciła na rozmowy z Severusem - Snape odwiedzał ją kilka razy w tygodniu, żeby podyskutować o sprawach bardziej lub mniej istotnych. Nie przeszkadzały jej cykliczne wizyty, mogła w końcu cieszyć się towarzystwem kogoś świadomego, kim była, bez konieczności ciągłego uważania na to, co robi bądź mówi. Polubiła tego mężczyznę, choć bywał mrukowaty, uparty i złośliwy. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że Albus przyłożył rękę do zacieśnienia relacji między nią, a mistrzem eliksirów, co było bardzo w jego stylu. Nosiła się z zamiarem zapytania o to przyjaciela, jednak obecnie powinna poświęcić całą uwagę pilniejszym obowiązkom. W ciągu całego swego długiego żywota, nigdy nie miała okazji przeżyć normalnego, zwyczajnego dzieciństwa, więc próby wpasowania się w społeczność uczniów traktowała, jak wyzwanie. Obserwowała młodych czarodziei, starając się naśladować ich sposób zachowania, w jak najbardziej naturalny sposób. Kiedy w końcu stanęła w Pokoju Wspólnym, uważnie rozejrzała się po eleganckim wnętrzu. Niewiele osób się po nim kręciło, bynajmniej nie z powodu wczesnej pory. Westchnęła cicho i wybiegła z dormitorium. Na śniadanie było już zdecydowanie za późno, musiała wykazać się nie lada pośpiechem, by nie spóźnić się na pierwszą lekcję latania. Mocniej zacisnęła palce na ramieniu torby. Miotły. Nie przepadała za tym środkiem transportu, uporczywie unikając konieczności posługiwania się nim. Cóż - nikt nie mówił, że w murach szkoły nie będzie musiała zmuszać się do zajęć, za którymi nie przepadała. Biegła przez kamienne korytarze, przywołując we wspomnieniach plan zamku. Na miejsce zbiórki jakimś cudem udało jej się dotrzeć przed nauczycielką. Oparła dłonie na kolanach, ułatwiając sobie tym samym uspokojenie oddechu. Kątem oka dostrzegła ruch po swojej prawej. Zabini machał jej energicznie, z szerokim uśmiechem na twarzy. Wyprostowała się i korzystając z wyraźnego zaproszenia stanęła między Blaisem, a Draco. Panowie zgodnie domagali się, by wyjawiła im powód karygodnego spóźnienia. Kończyła tłumaczyć się historyjką o problemach z zaśnięciem, gdy usłyszała pretensjonalne prychnięcie tuż za swoimi plecami. Uśmiechnęła się delikatnie - no tak, dzień bez festiwalu złośliwości to dzień stracony.
- Księżniczka raczyła pofatygować się na zajęcia. Cóż za zaszczyt!
Uszczypliwego tonu Pansy nie dało się pomylić z żadnym innym, głównie przez nieprzyjemnie wysoką tonację i nieodłączną nutę kpiny. Rudowłosa odwróciła się powoli i obdarzyła "koleżankę" najbardziej wyniosłym spojrzeniem, na jakie było ją stać. Zagadką dla niej pozostawało, dlaczego państwu Parkinson nie przyszło do głowy podcięcie córce strun głosowych. Ciągłe wysłuchiwanie takiego frustrującego jazgotu z pewnością mogło doprowadzić do szaleństwa, no chyba, że cierpieli na problemy ze słuchem - to wydawało się jedynym logicznym wyjaśnieniem tego fenomenu. Powinna odpuścić sobie przepychanki z dziewczynką, ale była zbyt niewyspana, żeby silić się nieme znoszenie złośliwości.
- Odejdź, Parkinson. Twój irytujący głosik mąci mój królewski spokój.
Pansy napuszyła się bardziej niż zazwyczaj. Przez uderzające w nią z każdej strony chichoty uczniów, oblała się pulsującym, purpurowym rumieńcem. Musiała jak najszybciej odpysknąć, żeby to Dumbledore wyszła na tą gorszą. Oparła dłonie na biodrach i z kąśliwym półuśmieszkiem wysunęła się bliżej Tei.
- Obyś spadła z miotły wstrętna krowo - syknęła, dumna z siebie.
- Rozczulasz mnie, Parkinson. Tylko na tyle cię stać? Złośliwości rodem z piaskownicy? Nie chcę nawet wiedzieć w jakiej stajni cię wychowano. Poza tym, wstrętna krowo? Masz chyba poważne problemy ze wzrokiem, panno Parkinson.
CZYTASZ
Córa rodu Phoenix.
FanfictionLady Vallerin Crown, córa rodu Phoenix - kobieta, której miłość do czarodzieja już raz złamała życie, po raz kolejny daje się wciągnąć w świat magii. Na prośbę swego przyjaciela, Albusa Dumbledore'a, wraca do Hogwartu, żeby mieć tam na oku młodego...
