Elias i Syriusz rozsiedli się na wygodnych fotelach, zajmując dogodne miejsce do obserwowania treningu Strażników. Black po raz pierwszy mógł zobaczyć na własne oczy sparing, w trakcie którego Raven nie musiał się powstrzymywać. Było to doświadczenie... surrealistyczne. Siła, prędkość oraz płynność wplatania magii w czysto fizyczną potyczkę w przypadku obydwu mężczyzn robiły piorunujące wrażenie, choć to zdecydowanie Aira dominował w tym straciu. Klatka potrafiła znieść niemalże wszystko, a obecność zaledwie dwóch osób postronnych - z czego jedną był Lord Phoenix - dawała pełną swobodę działania. Panowie tłukli się bezlitośnie, jednak sądząc po uśmiechach, obydwóm sprawiało to niemałą frajdę. Elias sięgnął po butelkę wina, ustawioną na stoliku rozdzielającym fotele i nalał sobie oraz gościowi po kieliszku. Sprawę różdżki mieli już mniej więcej przegadaną, a skoro tak... Zacisnął lekko wargi, zbierając się w sobie.
- Black? - odłożył butelkę.
- Tak?
- Wiesz w co się pchasz?
Pytanie zawisło w zgęstniałym powietrzu. Czarodziej rozumiał, o co chodziło Mistycznemu i wcale nie dziwiło go to, że martwił się o siostrę. To czego przyszło jej doświadczyć z ręki Salazara... wciąż musiało go dręczyć. Syriusz z przyzwyczajenia sięgnął po papierośnicę i odpalił fajkę.
- Wiem - uśmiechnął się zadziornie, wypuszczając dym.
- Jesteś pewny, że tego właśnie chcesz?
- Niczego w życiu nie byłem bardziej pewien.
- Dobrze - Lord podniósł kieliszek i zaczął nim delikatnie obracać, wpatrując się w głęboką czerwień wina. - Zapamiętaj proszę to, co teraz ci powiem - upił łyk trunku. - Moja siostra nie potrzebuje kolejnego obrońcy, tych ma w nadmiarze. Potrzebuje partnera, przy którym będzie mogła poczuć się, jak kobieta. Nie Lady, Mistyczna czy niesamowicie potężne, magiczne bóstwo. Po prostu kobieta.
- Rozumiem, że nie chodzi ci o aspekty fizyczne - czarodziej zaśmiał się, sięgając po swój kieliszek.
- Nie przeciągaj struny, szwagier - Elias warknął z rozbawieniem.
- Wybacz, nie mogłem się powstrzymać - uśmieszek zszedł z jego twarzy. - Od dawna nie miała okazji być z kimś w normalnej relacji, co?
- Wieki minęły - był usatysfakcjonowany tym, że rozmówca najwidoczniej rozumiał przekaz. - Każdy postrzega ją w inny sposób. Dla naszych braci jest zagrożeniem. Dla mnie to ukochana siostra. Dla Lutherów opiekunka, do której zawsze mogą zwrócić się o pomoc. Dla skrzatów umiłowana pani. Jest oparciem, mentorką, opiekunką, przyjaciółką, panią, siostrą, drogowskazem, potworem, Phoenixem... nikt nie widzi w niej wyłącznie Vallerin. Kobiety, mierzącej się samotnie z trudnościami dnia codziennego, jak każda inna dama - upił kolejny łyk. - Przez jej potęgę i piękno łatwo jest zapomnieć, że również ma słabsze dni, własne lęki, zmartwienia. Jak każdy może czuć się przytłoczona, zagubiona, zmęczona, niepewna. Tyle tylko, że do tej pory odmawiała dzielenia się z kimkolwiek tymi małymi, codziennymi smutkami. Dlatego tak ucieszyło mnie to, że wdrożyłeś się w życie rezydencji - spojrzał na kompana. - Jestem ci wdzięczny za to, że przejąłeś na swoje barki choć część jej trosk.
- To ja jestem wdzięczny za to, że mi pozwoliła - wstał, zgasił niedopałek i wrócił na swoje miejsce. - Dała mi dom o który mogę dbać i rodzinę, za którą czuję się odpowiedzialny. Po raz pierwszy jestem traktowany, jak partner, wiesz? - zaśmiał się cierpko - Nie psykaty, nieodpowiedzialny, durnie zuchwały chłopak, tylko mężczyzna, na którym można polegać.
- Czyżby mało przyjemne dzieciństwo? - Elias uniósł brew.
- Nie inaczej - przynał bez kręcenia. - Obydwoje mamy trochę zwichrowane życiorysy.
CZYTASZ
Córa rodu Phoenix.
FanfictionLady Vallerin Crown, córa rodu Phoenix - kobieta, której miłość do czarodzieja już raz złamała życie, po raz kolejny daje się wciągnąć w świat magii. Na prośbę swego przyjaciela, Albusa Dumbledore'a, wraca do Hogwartu, żeby mieć tam na oku młodego...
