Snape, jak zwykle późnym popołudniem, siedział w swoim gabinecie. Po zakończeniu zajęć i konsultacji, zamykał się we własnym, niewielkim królestwie, żeby w spokoju popracować. Najczęściej była to jego chwila samotności, którą bardzo sobie cenił, jednak tym razem miał towarzystwo. Dragan usadowił się po drugiej stronie biurka, całkowicie pochłonięty szkolną robotą. Obok niego siedział Raven, który podsuwał mu kolejne testy do sprawdzenia, narzucając w subtelny sposób równy, uspokajający rytm pracy. Przez chwilę ukradkiem obserwował dwóch mężczyzn, zafascynowany tym widokiem. Rzadko widywał Luthera aż tak spokojnego i zrelaksowanego. Chociaż tych dwóch nie odezwało się do siebie nawet słowem od przeszło godziny, współpracowali idealnie - niczym doskonale dopasowane trybiki maszyny. Nie rozmawiali, ani na siebie nie patrzyli, jednak perfekcyjnie dostosowywali się do naturalnych, drobnych zmian tempa, jakby robili to codziennie od wielu, wielu lat.
- Przestań się na nas gapić, Gacku - prychnął kruczowłosy, nawet na sekundę nie odrywając wzroku od pergaminów. - Rozpraszasz mnie.
- Chciałem tylko zaproponować kawę - zgrabnie wybrnął z sytuacji. - Należy się nam chwila przerwy.
- W końcu gadasz, jak człowiek - głęboki, hipnotyczny śmiech Dragana cały czas przyprawiał go o ciarki, choć od kiedy pojawił się Marco... słyszał go znacznie częściej. - Ravi, napijesz się?
- Spasuje - głos Strażnika był stoicko spokojny, jak zawsze.
- No weź! Snape robi całkiem niezłą kawę, może ci posmakuje - Luther przeciągnął się, dając odpocząć stawom.
- Wezmę łyka od ciebie.
- Wyjaśnijmy sobie coś, złotko. Ogólnie bierz co chcesz. Co moje, to i twoje, ale wara od mojej kawy!
- Upierdliwe - jednooki westchnął teatralnie, uśmiechając się kącikiem ust.
- Przestań mi kraść teksty! - Dragan obruszył się komicznie, rozbawiając mistrza eliksirów.
- Jak to było? - były Łowca przytknął palec do ust - Co moje, to i twoje?
- Czasem cię nienawidzę, Marco - warknął Kolekcjoner.
- Z wzajemnością - Strażnik podniósł się z krzesła. - Pomóc panu, profesorze?
- Nie trzeba - Severus wprawnie zdławił rozbawienie, przykrywając je solidną warstwą poirytowania. - Na pewno niczego się pan nie napije?
- Na pewno.
Czarodziej odszedł od biurka, za cel obierając kącik kuchenny. Kątem oka zauważył, że jego kompani wrócili do pracy, co skwitował jedynie delikatnym półuśmiechem. Dragan prowadził już samodzielnie zajęcia dla starszych roczników, a on sam pełnił podczas nich tylko funkcję obserwatora. Początkowo ten pomysł wywołał u niego zwyczajną złość, grubo podszytą niepokojem. Jakoś nie sądził, by Luther nadawał się do systematycznego nauczania, jednak musiał szczerze przyznać, że się mylił. Uczniowie, oczywiście, starali mu się na wstępie wejść na głowę, traktując go bardziej jak starszego kolegę, niż nauczyciela, lecz się przeliczyli. Dragan posiadał niesamowitą zdolność wpływania na innych, z czego nieustannie korzystał. Był perfekcjonistą w sztuce tworzenia magicznych mikstur i perfekcji wymagał również od swoich podopiecznych. Nie rzucał na prawo i lewo punktami ani ocenami, bo nie potrzebował tego, aby zmotywować młodzież. Nie był ani złośliwy, ani nieprzyjemny, potrafiąc wyłapać i docenić każdy - chociażby niewielki - postęp, u wszystkich uczniów z osobna. Wystarczył sam ton jego głosu, by młodzież poczuła się, jak banda niezbyt lotnych, naiwnych dzieciaczków, a żadne z nich nie chciało uchodzić w jego oczach za matoła. W sobie tylko znany sposób rozbudzał w nich głęboko ukryte pokłady ambicji, stopniowo zmuszające do coraz cięższej pracy. Sposób, w jaki opowiadał o eliksirach wywoływał coś podobnego do transu, z którego nawet on sam nie potrafił się wyrwać. Niejednokrotnie przyłapał się na tym, że w skupieniu słuchał turkusowookiego, za żadne skarby nie chcąc uronić chociażby jednego słowa. Było to doświadczenie nieco dziwne, ale powodujące coś na kształt przyjemnego, uzależniającego skoku adrenaliny, trwającego od pierwszej minuty, aż po zakończenie zajęć. Luther opracował także swój własny system, przekładający się na wysoką wydajność uczestników lekcji. Co zajęcia robił króciutki test, nie podlegający ocenie, jako takiej. Sprawdzał tylko, ile dana osoba wyniosła z zajęć i nad czym jeszcze musiała przysiąść, żeby osiągnąć zadowalający go efekt. Przy błędach zostawiał szczegółowe notatki, wskazujące z czego wzięło się potknięcie, jak to powinno wyglądać i gdzie w podręczniku szukać informacji na ten temat. Co piątek przygotowywał test opisowy, składający się z pytań, dotyczących wyłącznie zagadnień, z którymi uczeń miał problem. Każdy taki test opracowywał indywidualnie dla poszczególnego ucznia, a wystawioną ocenę uzależniał mocno od możliwości delikwenta oraz zaangażowania, jakiego w jego przypadku wymagało nadrobienie materiału. Lepsi uczniowie radzili sobie z tym bez jakiś wybitnych problemów, natomiast słabsi nie czuli się pokrzywdzeni przez niesprawiedliwy system oceniania i na swój sposób docenieni za wysiłek. Prawdopodobnie dlatego nie zdarzyło się jeszcze, by ktokolwiek zdecydowanie oponował lub nieustannie marudził. Snape napełnił dwie filiżanki gorącą kawą. Metody jego i Luthera mocno się od siebie różniły, ale nie uważał swojej własnej za jedyną słuszną. Szczerze mówiąc wciągnął się w obserwowanie Dragana i kilka z jego pomysłów wprowadził także w zajęciach dla młodszych roczników. Przeniósł filiżanki na blat biurka, stawiając je w bezpiecznej odległości od rozłożonych papierów. Spojrzał na konspekty zajęć dla drugorocznych, natychmiastowo czując falę napływającej irytacji. Albo smarkacze z roku na rok robili się coraz bardziej leniwi, albo to jemu powoli zaczynało brakować cierpliwości. Sprawy nie ułatwiał zbliżający się wielkimi krokami Turniej, który mocno wpływał na organizację roku, pod kątem dydaktycznym. Chciał możliwie jak najbardziej podgonić materiał, zanim przybędą przedstawiciele pozostałych szkół i wydajna praca stanie się znacznie trudniejsza. Uczniowie Durmstrangu i Beauxbatons mieli - w pewnym zakresie - brać udział w zajęciach, co z daleka śmierdziało mu brakiem porządku oraz skupienia. Przez całe wakacje ustali z gronami pedagogicznymi ramy realizowanego na lekcjach wspólnych materiału, jednak od planów do realizacji droga daleka i częstokroć wyboista. Oderwał myśli od czekających go wyzwań, gdy Raven sięgnął w jego stronę, aby przysunąć bliżej kolejny plik pergaminów. Mimowolnie wbił wzrok w skórzaną rękawiczkę na jego dłoni. Może i mieli październik, lecz pogoda obchodziła się z nimi całkiem łaskawie, jak na brytyjskie standardy. Grube mury zamku przez cały dzień nagrzewały się od słońca, przez co wieczorami potrafiło być gorąco i duszno. Mimo to ani razu nie widział jednookiego bez koszuli z długim rękawem oraz rękawiczek. Wydawało mu się to wyjątkowo zagadkowe. Cenił sobie powściągliwą elegancję, to prawda, jednak nie za wszelką cenę. Prawdopodobnie mógł o to zwyczajnie zapytać i kilka razy próbował, ale jakoś tak... tracił odwagę.
CZYTASZ
Córa rodu Phoenix.
Hayran KurguLady Vallerin Crown, córa rodu Phoenix - kobieta, której miłość do czarodzieja już raz złamała życie, po raz kolejny daje się wciągnąć w świat magii. Na prośbę swego przyjaciela, Albusa Dumbledore'a, wraca do Hogwartu, żeby mieć tam na oku młodego...
