Pakt Trzech

4.7K 188 164
                                        


Hermiona kręciła się niespokojnie przy stole Gryffindoru, co rusz niespokojnie zerkając w stronę drzwi. Przyszła do Wielkiej Sali znacznie wcześniej niż powinna i powoli zaczynała żałować pochopnie podjętej decyzji, bowiem okazało się, że bezowocne czekanie na miejscu nijak nie miało szans jej uspokoić - wręcz przeciwnie. Cóż...siedzenie w samotności i tak było dużo lepszą opcją, niż patrzenie na Harry'ego oraz Rona, łażących bez sensu po Pokoju Wspólnym, z tymi zbolałymi minami cierpiętników. Wszyscy czuli się podekscytowani, a zarazem dziwnie poddenerwowani powrotem Gallatei do szkoły - długo jej nie było, a podczas jej nieobecności wzajemne stosunki Gryffindoru i Slytherinu, powtórnie zbliżyły się niebezpiecznie do granic otwartej wojny. Granger westchnęła ciężko, wracając wspomnieniami do niedawnego, dość osobliwego spotkania w gabinecie Luthera. Trochę jej zajęło, zanim domyśliła się, co Dragan chciał im uświadomić między słowami - to oni byli odpowiedzialni za to co się stało...wszyscy, bez wyjątku. Wystarczyło, żeby na chwilę zabrakło Tei, a rzucili się sobie do gardeł, wypierając całkowicie ze świadomości to, o co płomiennowłosa zawsze usilnie walczyła. Zerwali każdą jedną nić porozumienia, której istnienie zawdzięczali jej nieugiętym staraniom, a nawet posunęli się do czegoś znacznie gorszego...bezmyślnie pozwolili, by przepaść dzieląca Gryfonów i Ślizgonów urosła do rozmiarów gigantycznego, przepastnego kanionu. Ona i Greengrass jakoś się starały, ale chłopcy...między nimi było jeszcze tragiczniej niż poprzednio, o ile to w ogóle możliwe. Zabini, co prawda, przejawiał jakieś delikatne cienie dobrej woli i powstrzymywał się od otwartych ataków, a Malfoy jakby się uspokoił, jednak jego wcześniejsza krucjata przeciw Ginny stała się ostatecznym ciosem, wciągającym w odwieczną przepychankę przedstawicieli pozostałych domów. Hufflepuff i Ravenclaw coraz śmielej opowiadały się za konkretnymi stronami konfliktu - mimo wcześniejszej neutralności - a siła przebicia Draco, w połączeniu z jego naturalną, irytującą charyzmą oraz przebiegłością, przysporzyły Slytherinowi znacznie więcej sojuszników, niż przeciwników. Gryffindor nie miał szans skutecznie oprzeć się matactwom Malfoy'a z powodu przygnębiającego, wewnętrznego podziału, spowodowanego pamiętnym wystąpieniem panny Weasley. Nie potrafili się zjednoczyć i obrać wspólnego frontu, bo chociaż wszyscy zdawali sobie sprawę z kłamstw Draco, nikt nie mógł zaprzeczyć temu, że Ginny bezpodstawnie zaatakowała Teę, nie przebierając w słowach. Hermiona wiele razy próbowała szczerze porozmawiać z młodszą koleżanką o tamtym dniu, ale rudowłosa czarownica wzbraniała się jak mogła, przez wyznaniem całej prawdy - unikała tego tematu jak ognia, a kiedy już udało się ją namówić na chwilę zwierzeń, zręcznie omijała powód, przez który zdecydowała się na równie radykalny krok. Dziewczyna nie potrafiła lub nie chciała wyjaśnić, dlaczego tak się zachowała, choć było po niej widać, że naprawdę żałowała swojego zachowania. Tym większym zaskoczeniem dla Granger była decyzja Ginny o zostaniu na święta w szkole. Spodziewała się raczej, że Weasley będzie robiła wszystko, żeby za wcześnie nie stanąć oko w oko z płomiennowłosą, tym bardziej bezpośrednio po jej powrocie. Niby względnie wyjaśniły sobie nieporozumienie w listach, ale pisanie było czymś zupełnie innym od bezpośredniego spotkania - łatwiejszym i mniej stresującym. Nic tu nie układało się w logiczną całość...Czarownica skupiła się na swoich myślach do tego stopnia, że dość późno usłyszała zbliżające się ku niej zwinne, rytmiczne kroki. Ten osobliwie magnetyczny, hipnotyzujący dźwięk skutecznie ściągnął jej uwagę, ku szeroko otwartym drzwiom Wielkiej Sali. Uśmiechnęła się delikatnie, widząc któż to zdecydował się przyjść tak wcześnie. Wciąż nie potrafiła przyzwyczaić się do tego, jak zmienił się Dragan, od czasu przyjęcia propozycji zostania w szkole. Zamienił przepisowy mundurek Slytherinu na ciemne, idealnie skrojone marynarki; zazwyczaj czarne spodnie, podkreślającą jego smukłą sylwetkę oraz ciemne, doskonale dopasowane koszule, nieprzesadnie opinające wyrzeźbioną klatkę piersiową. Dziś znów związał krucze włosy w niechlujnie elegancki kucyk, a na jego nosie lśniły subtelne oprawki, perfekcyjnie dobrane do wyrazistych, arystokratycznych rysów ujmującej twarzy. Turkusowooki w jej opinii nie wyglądał na zbuntowanego, młodego człowieka, ani na poważnego profesora, przesiąkniętego chłodnym, rzeczowym profesjonalizmem. Patrząc na niego od razu widziało się zadziornego, szalonego geniusza o przenikliwym, budzącym respekt spojrzeniu. Dziewczyna wzdrygnęła się, napotykając zimny turkus jego oczu, lśniący za wypolerowanymi szkłami. Dragan to był...po prostu Dragan - tylko głupiec próbowałby porównywać go do kogokolwiek innego. Wszystko w Lutherze było unikatowe, począwszy od wyglądu, na osobowości skończywszy. Budził zarówno szczery zachwyt, jak i zdumiewającą grozę. Raz wydawało się, że wie się o nim wszystko, tylko po to, by jednym, niewybrednym gestem strzaskał to przekonanie w pył. Niezaprzeczalnie czarujący i szalenie niepokojący. Radośnie roześmiany i boleśnie oschły. Subtelnie empatyczny i przerażająco obojętny. Wyrozumiały i bezlitosny. Czuły i sadystyczny. Otwarty i tajemniczy. Genialny i szalony. Wszystko w nim wydawało się nadnaturalnie urokliwym tańcem skrajnych sprzeczności, tworzących najbardziej skomplikowanego mężczyznę, jaki stąpał po ziemi. Kruczowłosy podszedł do Gryfonki i oparł się łokciami o blat stołu, swobodnym gestem poprawiając okulary, które nosił wyłącznie dla kaprysu. Uśmiechnął się szelmowsko, wspierając brodę na splecionych dłoniach o długich, zgrabnych palcach.

Córa rodu Phoenix.Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz