Siedział na pustej ulicy. Popękany asfalt był gorący od prażącego słońca. Panowała błoga cisza, bowiem wszyscy jeszcze spali. Mogła być piąta rano, może szósta. Seonghwa nie był rannym ptaszkiem, ale dziś coś kazało mu obudzić się wcześniej i wyjść na zewnątrz. Nieważne, ile czasu minęło od kiedy doszło do najazdu na Valorię, wciąż przerażał go widok klęski rodzinnego miasta. A mimo to, dawno nie było tu tak spokojnie. Ktoś obcy stwierdziłby, że to miejsce nie jest uśpione, a martwe. Park natomiast sądził, iż jeszcze nigdy nie tętniło w nim tyle energii co w ciągu ostatnich tygodni. Ludzie wspólnie pracowali przy odbudowie swojej przeszłości, cegła po cegle, wspomnienie po wspomnieniu. On sam nie mógł się powstrzymać przed udaniem do swojego dawnego domu. Budynek, w którym dorastał nie nadawał się do zamieszkania. Część konstrukcji się zawaliła, a sterty gruzu uniemożliwiały przedostanie się do środka. Brunet mógł tylko spoglądać na okno swojego pokoju i przypominać sobie wszystkie awantury, w jakich uczestniczył. Pamiętał rozeźlone ślepia swojej macochy, zmęczoną postawę ojca, który już lata temu zrezygnował ze swojego życia. Na swój sposób, Seonghwie było szkoda tego mężczyzny. Przez własną chciwość podjął decyzje, które go unieszczęśliwiły. Nie był stworzony do roli ojca, ani do roli męża. Kierował się wygodą, a dziś wygodnie spoczywał w trumnie z własnego łóżka. Zmarł w tym apartamencie. Nie uciekł wraz z innymi mieszkańcami do podziemi, nie ewakuował się, choć oferowano mu pomoc. Niektórzy powtarzali między sobą, że był to akt niesamowitej odwagi oraz oddania Valorii. Inni powtarzali, że po śmierci Sihyeon zapragnął do niej dołączyć, a zatem był to wyraz szczerej, głębokiej miłości między tą dwójką. Tylko Hwa twierdził inaczej. Ten mężczyzna wreszcie znalazł okazję, aby odejść z tego świata. Dotąd nie miał odwagi. Źle mówiono o samobójcach w tej osadzie. Tym bardziej, jeśli ci mieli rodzinę, stabilną pracę. Tego dnia, kiedy podłożono tu ładunki wybuchowe, mógł wreszcie się uwolnić, ściągnąć ciężkie kajdany i napisać ostatnie zdanie po swojemu, bez presji otoczenia. Czasem dwudziestotrzylatek myślał o nim jak o największym tchórzu, a czasem go rozumiał i nawet podziwiał, że ktoś jest w stanie cierpieć przez tyle lat. Szkoda tylko, że przy tym oprócz siebie, krzywdził też swojego syna.
Ciemnowłosy podkurczał nogi, patrząc w budzące się niebo. Poranne promienie malowały chmury na wspaniałe odcienie różu i pomarańczy. Zarys księżyca jeszcze wisiał gdzieś w oddali, niewyraźny i zapomniany. Park czuł na swoich odkrytych ramionach oplatające go ciepło, kiedy oddychał ciężko szukając odpowiedniego rytmu. Hongjoong kiedyś powiedział, że pokaże mu najpiękniejsze wschody oraz zachody słońca, więc Hwa cierpliwie na ten dzień czekał. Wmawiał sobie, iż to jeszcze możliwe. Odliczał dni, jakby istniała jakaś konkretna data, gdy znowu się zobaczą. Zastanawiał się, kuląc na drodze, czy Kim też to robi. Chociaż projekt bardzo ich zmienił i bez pytania odebrał po cząstce człowieczeństwa, to Seonghwa miał wrażenie, że wówczas wszystko było prostsze. Te wieczory spędzane razem, stosy książek polecanych mu przez młodszego, których nie zdążył przeczytać, pistacje w małej miseczce, subtelna muzyka grająca na słuchawkach. Spacery między zanurzonymi w mroku korytarzami, gdzie słuchali swoich niewyraźnych szeptów i dusili śmiech, aby nie zwabić strażników. Gdy gramofon przygrywał im na Wielkiej Sali, a oczy Hongjoonga tańczyły wraz z melodią i świeciły się jak kryształowa zastawa. Uwielbiał, kiedy Joong opowiadał o ich wspólnej przyszłości, jakiej nigdy nie będą mieć, ale o jakiej tak cholernie marzył. To była krótka, ale intensywna miłość do kogoś, kto odebrał mu samotność, zastępując szumem wiatru, swoimi ramionami, wesołym uśmiechem, ciętym humorem, długimi powieściami, które streszczał mu przez pół nocy oraz marzeniami. Kim kochał marzyć, aczkolwiek nigdy nic nie obiecywał. Nie lubił ludzi, którzy uważali, że cokolwiek w znanej im rzeczywistości może być pewne. Może też Seonghwy nie postrzegał jako stały element jego świata? W końcu był rozdziałem smutnej książki, a te zawsze kiedyś się kończą.
CZYTASZ
ASTER | Seongjoong
Fiksi PenggemarDruga część SPLIT Czasem człowiek nie zdaje sobie sprawy jak ogromny jest świat i jak wiele mniejszych światów mieści w sobie. Chociaż czasem chciałoby się ot tego ogromu uciec, zamknąć w małym ciemnym pokoju, z kanapą, odtwarzaczem oraz tymi piękny...
