Piekielne słońce

32 3 0
                                        

San nie rozumiał decyzji kobiety, pełniącej tu przewodniczą rolę. Siedział przed jednym z baraków, zajęty wiązaniem wysokich, ciężkich butów oraz przygotowywaniem broni, którą uzyskał od najstarszego z zastępu. Zdążył się dowiedzieć, że wydzielili ich trzy i każdy był odpowiedzialny za zwiady o określonych porach oraz ochronę granic tego obozowiska. Nie miało ono takiego samego charakteru, jak te tworzone przez Bezdomnych. Przypominało to bardziej grupę wysłanników z Valorii lub innego dużego miasta, którzy posiadali tutaj swoją bazę w plenerze. 

Mężczyzna o ciemnych włosach oraz delikatnym zaroście opierał się o ścianę, obserwując uważnie swojego nowego kadeta. Podobnie jak każda z mieszkających tu osób, słyszał czego dokonał San oraz jego znajomi na pustyni, aczkolwiek był ostatnim człowiekiem skłonnym do moralizowania innych. Miał swoje za paznokciami, więc umiejętność ataku była dla niego jedynie zaletą. Nie był pewny jak dużo może zdradzić temu chłopakowi oraz na jak wiele pozwolić. Znali się od ledwie trzydziestu minut, natomiast młodzieniec zrobił na nim dobre wrażenie. Przede wszystkim miał obeznanie z bronią, nie zadawał wielu zbędnych pytań i miał raczej ciche usposobienie, a przynajmniej na takiego się malował po tej krótkiej konfrontacji. 

- Nazywam się Ren.- przedstawił się, kiedy tamten był już przebrany, miał załadowaną broń oraz skupiony wzrok. Te kilka sekund wbrew pozorom również było testem, bowiem chłopak mógł zrobić z posiadanym karabinem absolutnie wszystko. Prawdopodobnie, gdyby go postrzelił w tamtej sekundzie, zdążyłby stąd uciec, zanim ktoś by zainterweniował. Musiałby działać wyjątkowo szybko i inteligentnie oraz wiedzieć, że w pobliżu zaparkowane jest auto, do którego kluczyki Ren trzymał w prawej kieszeni spodni. Choi jednak nie wyglądał, jakby znajdował się w walecznym nastroju. Prawdę mówiąc, nawet nie przyszło mu na myśl, aby zabić dowódcę. Nie widział żadnego pożytku z ucieczki stąd, bo wątpił, aby poradził sobie w pojedynkę na otwartej przestrzeni. Nie przyjęliby go z powrotem do obozu, z którego uciekł, a nie zamierzał wracać do Valorii. Czekał posłusznie na komendy.- Mai poleciła, abym miał na ciebie oko, ale wydaje mi się, że nasza współpraca będzie przebiegać pomyślnie. Nie jest to skomplikowana robota, dopóki nie trafiamy na ogon. Dotąd Delegatura deptała nam po piętach, aczkolwiek od kiedy upadła, możemy w tym rejonie czuć się swobodniej. Gorzej jest na obszarze położonym bliżej Aster. Tam nie ma miejsca na błędy. 

- Mai to ta kobieta, tak? Wasza przywódczyni?- zapytał z udawaną obojętnością, ponieważ wypadało dowiedzieć się o tym zgrupowaniu jak najwięcej. Nie chciał jednak być zbyt wścibski, bo to mogłoby wzbudzić niepokój w mężczyźnie.- I skąd wiecie, gdzie leży Aster? Skoro to nie jest tajemna wiedza, to nie jesteśmy wam potrzebni. 

- Po kolei, chłopcze. Nie nazwałbym Mai przywódczynią, bo to zbyt staromodne oraz wzniosłe określenie. Utarło się, że nazywamy ją Zarządczynią. Gdyby nie ona, to w naszych strukturach zapanowałby istny chaos. Organizuje naszą pracą, wydaje polecenia, przygotowuje plany działania. Jest głową całej operacji. Co do Aster... nie potrzebujemy was, żeby do niej trafić. Doskonale wiemy, gdzie ona leży. Zależy nam na czymś zgoła innym, lecz tu już nie mam kompetencji, by z tobą o tym rozmawiać. Zbieraj się, zaraz mamy zbiórkę.- rzucił lekkim tonem, a San przypuszczał, że niefortunnie ta cała Mai w najważniejszą część swojego planu zaangażuje Yeosanga. Potrafił grać intelektualistę o dużej wiedzy, aż ciężko było stwierdzić, czy ten mówi prawdę, czy blefuje. San mu nie ufał, natomiast nie miał interesu w przekonywaniu kobiety o tym, iż ta zbliża się nieodpowiedniej persony. Pomaszerował za Renem w stronę placu, gdzie powoli zbierali się inni uzbrojeni ludzie. Był to wyjątkowy przypadek równouprawnienia w tych stronach, bo w szeregach było tyle samo kobiet, co mężczyzn. Większość młodych, choć kilka najstarszych osób stało na przecie, a wśród nich ustawił się także ich dowódca. San stanął gdzieś z tyłu, czując się trochę nieswojo z tyloma parami oczu śledzącymi jego sylwetkę. Prawdopodobnie znaczna część z nich pałała do niego czystą nienawiścią ze względu na to, czego dokonał wraz z tamtą trójką. Nie był to jednak czas i miejsce na wyjaśnienia. Zresztą sam nie wiedział, co mogłoby go usprawiedliwić w ich oczach. Obawiał się jedynie jakiejś cichej zasadzki na pustyni, której celem byłoby samodzielne wymierzenie sprawiedliwości. Nie brzmiało to jak nierealny scenariusz, a mimo wszystko miał przed sobą zastęp wytrenowanych ludzi, wyposażonych w noże, kastety, sztylety, pistolety, czy karabiny. Nie miałby najmniejszych szans w pojedynkę. 

ASTER | SeongjoongOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz