Dragan mocno zacisnął dłonie na pysznie rzeźbionej, drewnianej ramie łóżka. Wpatrywał się w maskę doktora plagi, leżącą na wiśniowej, idealnie gładkiej pościeli. Usiłował maksymalnie wyciszyć natłok myśli, który obecnie rozsadzał mu głowę. Podczas pierwszego kontaktu z Fey próbował zachowywać się w miarę spokojnie, żeby jej nie przerazić, ale teraz... dziesiątki pytań rozpędziły się na dobre, nie dając mu odetchnąć. Myślał, że wyrzucił z siebie cały ten chaos podczas rozmowy z Ravim, jednak była to złudna nadzieja. Ledwo zdążył zamknąć dziób, a natrętne myśli powróciły. Ostatnio było mu... wyjątkowo ciężko. Z samym sobą. Im więcej pamiętał, tym bardziej dotkliwie odczuwał przepaść, dzielącą go od Lutherów. Z jakiegoś powodu, dawno, dawno temu... wybrał właśnie tę rodzinę. Czemu? Przez ich siłę? Bezpośrednie powiązanie z bratanicą, której tak długo szukał? Przekonanie, że pośród nich najłatwiej będzie mu się ukryć? Nie mógł sobie przypomnieć, co dokładnie nim kierowało. Dlaczego postanowił wkroczyć do tego świata, w roli młodszego syna Uriena? Jakich sztuczek użył, by Miriam, mimo sprzeciwu męża, wybrała dla niego imię, które faktycznie nosił? Czy słusznie gnębiło go głęboko zakorzenione poczucie winy, z powodu jej śmieci? Może... na granicy podświadomości... dobrze pamiętał, co było przyczyną tragedii? Nie jakieś nieprzebudzone zdolności Lutherów, tylko przebłyski wspomnień, które wyzwoliły siłę, nad którą nie był w stanie zapanować? Poczuł piekący ból z tyłu głowy. Czy bezdusznie zabił nienarodzone dziecko Uriena i Miriam, żeby wygodnie zająć jego miejsce? Znając samego siebie... z pewnością byłby do tego zdolny. Wziął głęboki wdech. Nie miał z Lutherami nic wspólnego, ale mimo to niezmiennie postrzegał ich jako rodzinę. W znacznym stopniu ułatwiał mu to Irylion. Brat często pytał o Uriena, Miriam, Ethana, chłopaków... Interesowało go to, jak wyglądało życie, które tutaj wiódł. Akceptował to, że był w jakiś sposób przywiązany do istot, na które czasem spoglądał jego oczami. Nie próbował tego w żaden sposób deprecjonować. Chwilami wydawał się wręcz... szczęśliwy. Cieszył się, że ani on, ani Vallerin nie byli skazani na przygnębiającą samotność w świecie, który stał się ich więzieniem. Dragan przycisnął dłoń do blizny po pieczęci. Cholernie tęsknił za Irylionem.
- Myślisz o nim?
Uśmiechnął się pod nosem, słysząc kojący ton głosu przyjaciela. Syriusz... naprawdę miał nieprzebrane pokłady cierpliwości i wręcz kuriozalną tolerancję na dziwactwa wszelkiej maści. Pomimo własnych demonów, zawsze gotowy był chociaż spróbować pomóc.
- Nie podoba mi się, że tak łatwo jest ci mnie rozczytać, skarbie - zaśmiał się lekko.
- Łatwo? - czarodziej zawtórował mu śmiechem - Przeceniasz mnie. Co zamierzasz zrobić? W sprawie Fey?
- Jeszcze nie wiem, Blacky - westchnął ciężko. - Dziewczyna ma naszą krew w żyłach, więc dla mnie jest członkiem rodziny. Proces, który do tego doprowadził - wbił palce w ramę na tyle mocno, że ukruszył drewno - to czyste skurwysyństwo. Przez wieki... myślałem, że krew Lutherów posłużyła do wyrobu artefaktów. Później odnaleźli Johna... Sama myśl o tym, że jakiś pojeb wpadł na pomysł, żeby wykorzystać naszą krew do eksperymentów na ludziach - niezamierzenie całkiem oderwał kawałek drewna - niebotycznie mnie wkurwiła. Ilu Johnów zginęło w męczarniach, w imię tej chorej idei? Ilu zostało porzuconych, jak śmieci, żeby dożyć końca swoich dni w potwornej agonii? Ani mnie, ani chłopakom nie dawało to spokoju. Jean robi co w jego mocy, żeby ocalić Johna - zerknął na przyjaciela. - Wkłada całe serce i wiedzę w to, żeby zapobiec choć tej jednej, bezsensownej śmieci. Teraz spotkaliśmy Fey. Żywy dowód na to, że ten popierdolony plan... powiódł się. Ktoś tam - przeniósł spojrzenie na okno - opracował skuteczną metodę. Nie mamy pojęcia kto, kiedy i po jaką cholerę.
Black podniósł się z fotela. Był poważnie wstrząśnięty całą tą historią z Białą Wiedźmą, jednak Dragan... nie potrzebował w tej chwili nakręcania się. Już wystarczająco dobijało go stanie w rozkroku pomiędzy tym, kim rzeczywiście był, a rolą, jaką pełnił w tym świecie. Oparł dłoń na barku przyjaciela.
CZYTASZ
Córa rodu Phoenix.
FanfictionLady Vallerin Crown, córa rodu Phoenix - kobieta, której miłość do czarodzieja już raz złamała życie, po raz kolejny daje się wciągnąć w świat magii. Na prośbę swego przyjaciela, Albusa Dumbledore'a, wraca do Hogwartu, żeby mieć tam na oku młodego...
