60 blase

64 3 4
                                        

Dzwonię do drzwi Mike'a, żeby w końcu go wyjaśnić.

Nie widzę fury jego starych na podjeździe, i wczoraj też jej nie było. Chyba gdzieś pojechali.

Ale królewicz jest w domu, i widzę to, jak jego światło pali się w trzecim oknie od lewej, czyli w kuchni. A oni nie zostawiają takich rzeczy, bo są do absurdu uważni.

Czekam kilka sekund i słyszę trzeszczenie jego schodów, jakby biegł po nich w butach. Pewnie się obsrał, że przyjechali szybciej, a on jak zwykle w ich pokoju zostawił bongo. Nic bardziej mylnego.

Dzwonię drugi raz, aby spotęgować jego niepokój. Niech się kurwa pospieszy.

Od razu słyszę trzask drzwi, i jak zbiega po schodach, mrucząc coś wcześniej do siebie. Nie mija więcej niż trzy minuty, gdy przekręca kluczyk w drzwiach.

I stoi tu, w krzywo nałożonej koszulce Thrashera, z rozjebanymi włosami i przekrwionymi gałami.

— O, Blase — rzuca, naciągając koszulkę w dół — myślałem, że to starzy, a...

— Zostawiłeś u nich bongo? Klasyczny Mike.

Uśmiechnął się jakoś niemrawo, jakbym był jego pierdoloną matką.

— W ogóle, widzę, że nie cieszy cię mój widok, ale wiem co cię może ucieszyć.

Wyciągnąłem z kieszeni malutką torebkę, z naklejką Lemon Haze. Coś lekko lepszego, niż to co on zazwyczaj jarał, lekko wymoczone w jakimś syfie, a to rozplącze mu język.

— Co ty stary, miło cię gościć — powiedział, ze wzrokiem wbitym w susz. — Chodź do środka. Możemy zajarać w salonie, mam tam blety w szafce.

Blety tak dobrze nie zadziałają, no i on zauważy, że zaciągam się jak ciota. Mike miał mocną głowę, przez lata nie robił przerw na tolerkę, a jednak specjalizowałem się w tequilli.

— Stary, weź dawaj to bongo. Ciepło jest, to balkon u twoich starych wydaje się być idealną miejscówą na jaranie i pierdolenie.

Mike zmarszczył brwi i zamrugał parę razy, jakby nie doszło do niego nic co mówię, rzuciłem więc:

— Przepalone masz te styki, chłopie.

Nagle on jakby się otrząsnął, zamknął drzwi, a ja zacząłem kierować się do jego pokoju.

— Schowałeś je tam gdzie zawsze?

— Blase, łeb mnie nakurwia, może zapalmy normalnego gibona, pogadamy, będzie luźna atmosferka, a nie poskłada nas po buchu.

Odwróciłem się. Mike odmawia darmowego bongosa? Nie wiem, czy on tak się spedalił nagle, czy po prostu coś mu odwaliło.

— Mike Jordan, to nie jest jakiś haszcz, tylko czyściutkie zioło. A ty wyjarałeś tyle w życiu, że żaden syf by cię nie złożył.

Mówiąc to, zbiegłem do jego pokoju, od razu zerkając w szafkę pod telewizorem.

Nie było go.

—Mike, to gdzie jest to...

— Kurwa, zostało na górze, przypomniałeś mi o tym w drzwiach, bo ja zabrałem tylko worek — wskazał na nieco większą od mojej torebkę, zapewne z pięcioma gramami. — Ja po nie pójdę, czekaj na mnie w salonie, weź sobię kawę czy coś.

— Stary, co ci odwala, przecież masz balkon, ten bongos nas tu zaczadzi.

Pokierowałem się na górę, do jego starych.

— Blase...! Czekaj, najpierw muszę OTWORZYĆ DRZWI DO POKOJU, i czy weźmiesz mi z niego zapalarę?

Mike tak głośno wykrzyczał te słowa, że zaczynam podejrzewać nawroty jego schizofrenii.

To już koniec opublikowanych części.

⏰ Ostatnio Aktualizowane: 2 days ago ⏰

Dodaj to dzieło do Biblioteki, aby dostawać powiadomienia o nowych częściach!

bad boys fuck betterOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz