Rozdział 49

524 56 17
                                        

Wędrowali ulicami Londynu, szukając odpowiedniego mieszkania, a dokładniej kamienicy z numerem trzydzieści siedem. Dane jakie posiadali, nie były wystarczające. Wypytywali ludzi, którzy patrzyli na nich dziwnie, albo z obrzydzeniem. W końcu niecodziennie spotyka się przemoknięte dzieciaki, które nie mają ze sobą nawet parasola. Jedna kobieta nawet zapytała ich czy nie potrzebują jakiejś pomocy i czy nie zadzwonić do ich rodziców. Ściemniało się, ludzie spieszyli się nie wiadomo dokąd, rzadko kto się zatrzymywał, chociaż ulice były zatłoczone. Draco burczał pod nosem niezrozumiale dla Harry'ego, który co jakiś czas pociągał niechlujnie nosem. Miasto przestało mu się podobać półtorej godziny temu, kiedy dwa razy weszli bez pukania do czyjegoś domu. Ich irytacja zaczynała się wzmagać. Na szczęście Malfoy nie pytał, tylko w milczeniu szurał nogami po brukowanym chodniku, czasem rozchlapując wokół wodę. I kiedy nie mieli już zbytnio sił na dalsze poszukiwanie i zupełnie stracili nadzieję, na znalezienie tego przeklętego miejsca, ich oczom ukazały się dwie kamienice niedaleko Fleet Street. Jedna z nich miała numer trzydzieści sześć, a druga trzydzieści osiem. Pomiędzy nie było zupełnie nic. Harry zmarszczył brew, ponieważ był przekonany, że powinno coś tu być. Chociażby naprzeciwko. A adres był jasny, kamienica numer trzydzieści siedem, mieszkania trzy. Do tej pory każdy budynek z tym numerem okazał się być nietrafiony, a ponad to tylko dwa miały mieszkanie numer trzy, w której stacjonowała kobieta na oko w wieku Dołohowa. Tak na marginesie, to chore, że ktoś podaje numeru budynku w gazecie, a nie podaje ulicy. Podekscytowany Draco spojrzał na Pottera. 

- To na pewno tutaj - ucieszył się, niemal oddychając z ulgą, kiedy wreszcie znaleźli odpowiednie miejsce. 

- Ale Draco, tu nic nie ma - oświadczył posępnie Potter, opierając się zmęczony o ścianę budynku numer trzydzieści sześć. Blondyn przewrócił oczami, wyraźnie zmęczony. Zaczął powoli stukać różdżką w każdą bardziej wystającą cegiełkę. Nagle usłyszeli damski, melodyjny śmiech, który dobiegał z końca ślepej uliczki. Byli tak zmęczeni, że nie zauważyli drzwi w głębi przejścia, na których widniał napis "Wydawnictwo F.E.N.S czyli Fotografuj Efekty Nowej Sensacji", a obok tabliczka z numerem trzydzieści siedem. Potter wstrzymał oddech. 

- Dziwna nazwa - skwitował blondyn, po czym wzruszył ramionami i nacisnął na klamkę. Wystraszony czarnowłosy złapał go za przedramię. - Co jest? - zapytał nagle, przenosząc wzrok z drzwi na chłopaka. Harry pokiwał przecząco głową. 

- To na pewno nie tu - oświadczył pewnie, obawiając się, że spotka tam kolejne hieny dziennikarskiego świata, których tak nie trawił w swoim świecie. 

- Nie mamy nic do stracenia - ogłosił blondyn, po czym pchnął drzwi, które otworzyły się z lekkim skrzypnięciem. Harry wciągnął głośno powietrze, gdy wstąpili w wąski, ciemny korytarz, ledwo mieszcząc się we dwoje. Musieli iść jeden za drugim, kiedy dotarli do metalowych, pożarowych schodów, prowadzących na górę. Po chwili otworzyli kolejne, ciężkie, stalowe drzwi, o numerze trzy, a ich oczom ukazało się małe wydawnictwo jakiegoś podrzędnego pisemka. Harry skrzywił się lekko, widząc sterty papierów, którymi zarzucone były szare biurka pod ścianą. Pomieszczenie nie było za wielkie, ściany były szare z dużą ilością okien na panoramę miasta. Biurka ustawione były w szeregi w drewnianych boksach, typowa biurokracja. Słońce powoli znikało za horyzontem, obwieszczając nadchodzącą noc. Potter spojrzał na wielki zegar nad drzwiami, który wskazywał dziewiętnastą dwa. Tylko jedno biurko nie było oboksowane. Było duże i brązowe, zupełnie inne niż pozostałe, a za nim siedział niski człowieczek. Obaj podeszli bliżej.

- Przykro mi, ale już zamykamy - znikąd stanął przed nimi. Był łysy, na nosie miał okrągłe okulary, a jego usta wykrzywiały się w niezadowolonym grymasie. Szturchnął pulchnym palcem Malfoya, na co ten z obrzydzeniem zrobił krok do tyłu. 

Zielony LewOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz